Recenzja Marty Guzowskiej
Łukasz Stańczuk, socjolog i trochę nieudacznik (ostatnio zatrudniony na stacji benzynowej) dostaje wiadomość, że jakaś dawno (a może nigdy) niewidziana ciotka chce mu zapisać w spadku dom. Dom, dodajmy, stojący w środku lasu, więc należy się spodziewać raczej jakiejś chałupy z bali, ale może z klimatem. Łukasz, który ma serdecznie dosyć stacji benzynowej, rzuca wszystko w cholerę i rusza na spotkanie przygody przez wielkie Pe. Co prawda wyobraża sobie tę przygodę raczej tak, że dom sprzeda, a za uzyskane pieniądze założy jakiś biznes. Nie wie jednak, że Los, przez wielkie El, ma dla niego inne plany.

Łukasz Henel napisał prawidłowy, rasowy horror, w naprawdę piekielnymi mocami. Muszę przyznać, że początkowa scena noclegu w lesie, i także kilka późniejszych scen, przyprawiły mnie o koszmary nocne, a mojego partnera o bezsenność, bo idąc w nocy do toalety musiałam pozapalać wszystkie światła. Umiejętności straszenia czytelnika Henelowi nie brakuje, oj nie.
Miałam natomiast z książką Henela trzy inne problemy. Pierwszy nazwijmy Problemem Panienki z Horroru. Wiecie, tej panienki, która widzi drzwi do piwnicy i od razu tam włazi jak głupia, chociaż każdy widz, nawet dzieci, którym rodzice pozwalają oglądać horrory w święta, wie, że piwnicy siedzi Zły. Bohater Henela też wie, że w lesie siedzi Zły, ale robi dokładnie to, czego robić nie powinien. W lesie złazi ze ścieżki (zacznijmy od tego, że w ogóle w ten las wchodzi po ciemku, mimo, że został ostrzeżony, a w pobliżu nie ma pięknej dziewicy, której ewentualnie chciałby zaimponować odwagą), wychodzi z domu (bezpiecznego) do studni po wodę, chociaż wie, że coś go zaatakuje i naprawdę mógłby wytrzymać do rana, i tak dalej i tak dalej. Mogę się tylko domyślać, co przyświecało Autorowi w tworzeniu tych scen: gdyby jego bohater siedział bezpiecznie w domu, akcja nie posuwałaby się do przodu. Ale przed tym samym problemem stają chyba wszyscy twórcy horrorów i niektórym udaje się wyjść z tego obronną ręką, więc jest to możliwe.
Mój drugi problem z książką Henela nazwałabym Problemem Psychologicznego Nieprawdopodobieństwa. Henel nie jest tu, niestety, samotny, z tym problemem zmagają się ? i przegrywają ? tysiące innych autorów. Bohaterowie ?Szkarłatnego blasku? zachowują się tak, jakby nie istniały psychologiczne skutek i przyczyna, i jakby większość z tego, co robią ludzie, nie wynikała z czegoś innego. Szczególnie poległ Henel na opisie relacji pomiędzy Łukaszem a nowopoznaną Martą.
Mój trzeci problem to zakończenie Deus Ex Machina. Niestety, chociaż ten typ kończenia powieści wielu kusi, po tym, jak upadło Imperium Rzymskie raczej nie daje się go już z sukcesem zastosować. Ostatnim, który dokonał tej trudnej sztuki, był Woody Allen w filmie ?Jej Wysokość Afrodyta?. Ale ponieważ film był komedią, uszło to reżyserowi na sucho. W horrorze nie, stanowczo nie!
Natomiast jedna rzecz jest w książce Henela Wielka, przez wielkie We. Wyobraźnia Autora. Henel wymyślił bardzo zgrabną akcję wykorzystując niby znane motywy (wuj wariat, list w walizce, tajemnica z przeszłości, itd., itd.), ale posplatał je w bardzo przyjemną całość. Pomysłów Henelowi na pewno nie brak. Więc może, jeśli w następnej książce uruchomi Wyobraźnię, a wytnie Panienkę z Horroru, Nieprawdopodobieństwo i Boga w Maszynie, dostaniemy naprawdę znakomity polski horror.
?Szkarłatny blask? przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Zysk i S-ka.





