Strona główna Recenzje S. King, Lśnienie 2, czyli Doktor Sen

S. King, Lśnienie 2, czyli Doktor Sen

0
PODZIEL SIĘ

 

Recenzja Adrianny Michalewskiej

 

Doczekaliśmy się kolejnej historii z Dannym Torrance, czyli małym chłopcem z „Lśnienia”.

Jak pamiętacie, hotel w którym było więcej duchów niż żywych w końcu się spalił i Danny z mamą uciekli, ocalając życie. Oczywiście to była tylko kwestia czasu, kiedy King powróci do tego wątku, bo aż szkoda go było tak zostawić. Lśniący, czyli przejawiający wyjątkowe zdolności paranormalne chłopiec (teraz już czterdziestolatek), musi sobie poradzić z potworną traumą sprzed lat, a na dodatek ma inne problemy. Nie unika okazji do wypicia, bo tylko dzięki temu może jakoś zagłuszyć swoje myśli. Szczerze mówiąc, pije na umór i w końcu trafia do grupy AA. Przeżuwa w nieskończoność winę z młodości, gdy zaniechał pomocy dziecku, o którym sporo wiedział i tylko porządna porcja whiskey jest w stanie usunąć na chwilę dręczące Dana poczucie winy.

 

 

Pierwsze szesnaście stron powieści „Doktor Sen” sprawiło, że znowu zaczęłam mieć opory przed wstawaniem w nocy. Nie jest to proste, gdy ma się małe dzieci. Odstawiłam powieść na półkę i poddałam się autoterapii: dam radę, czy nie? Po dwóch tygodniach wróciłam do książki i dobrze, bo było warto.

 

Na scenie pojawia się sekta emerytów w kamperach, którzy są równie groźni, co zwyczajni. Ich zwyczajność odsuwa od nich wszelakie podejrzenia, bo kto by się tam bał dziadka w przyczepie kampingowej, albo innej laski w starym cylindrze, która ma niemiłe społeczeństwu skłonności. Przyznam, że ja też się nie bałam, ale to zapewne wina nadmiernego racjonalizmu, któremu hołduję. Jak ktoś kocha Kinga, to mu się Rosie Kapelusz spodoba. Zwłaszcza, że ma ona rzadką umiejętność utrzymywania się w stanie wiecznej młodości i aktywności seksualnej godnej pozazdroszczenia. Gdy traci siły, zbiera swoich kompanów i ruszają w Amerykę, aby upolować sobie kogoś, kto dostarczy im sporo życiodajnej pary (to słowo wprowadził tu tłumacz, Tomasz Wilusz).

 

Moim zdaniem od kilku powieści King stępił nieco zęby. Nie straszy już tak mocno, idzie raczej w kierunku refleksji nad życiem i tym, co w życiu jest najważniejsze. Bardzo mi się to u niego podoba, bo od kiedy nastraszył mnie „Dziećmi kukurydzy” boję się chodzić na spacery po wsi. Ale widać autorowi inne rzeczy wydają się teraz potworne, więc nie ma w „Doktorze…” duchów w zamkniętych pokojach i agresywnych samochodów. Kto czytał inne powieści i opowiadania Kinga wie, o czym mówię.

 

Teraz czas na śmierć i przechodzenie na drugą stronę. To moim zdaniem najmocniejszy akcent w tej powieści. Bo przecież każdy umrze i pomocna dłoń w takiej sytuacji jest bardzo wskazana.

 

S. King, Doktor Sen, Prószyński S-ka 2013, s.656