Pirożek zaproponował jako miejsce spotkania restaurację Klubową na ulicy Franciszkańskiej. Sobotnie i niedzielne podwieczorki miały tutaj stały przebieg.

Przez dwie godziny muzyk Henryk Jurewicz grał melodie hawajskie przy dyskretnym akompaniamencie orkiestry jazzowej, po czym ów wirtuoz gitary schodził ze sceny odprowadzany gromkimi brawami rozmarzonych i przytulających się do siebie pań i panów. Wtedy jazz-band pod batutą maestra Mariana Koniecznego rozpoczynał wieczorek taneczny, który przenosił gości z romantycznych tropikalnych Hawajów w swobodną, by nie rzec rozpasaną, atmosferę Nowego Orleanu. Bywalcy uwielbiali te podwieczorki, a Jurewicz i Konieczny zawsze mogli liczyć na alkoholową gościnność swych wielbicieli.
Na pewno nie należeli do nich dwaj mężczyźni, którzy w pewne ciemne i ponure popołudnie zajrzeli do tego sławnego lokalu. Porucznik Milicji Obywatelskiej Franciszek Pirożek i jego niegdysiejszy kolega Edward Popielski przyszli punktualnie o godzinie siódmej wieczór, podali sobie ręce i ? poprzedzani przez starszego sali ? zasiedli przy dyskretnym stoliku w samym rogu. Kelner, wysłany do nich natychmiast, stracił nadzieję na duży napiwek, bo zamówienie było odwrotnie proporcjonalne do eleganckich garniturów obu panów ? tylko dwie setki czystej i flaczki posypane parmezanem. Kelner utracił chęć do ekspresowej obsługi, czego z pewnością by mu nie zabrakło, gdyby goście zamówili na przykład dużą karafkę wódki, a do tego tak zwane śledzie po japońsku i specjalność zakładu ? warkocz pieczonej białej kiełbasy.
Dawnym lwowskim policjantom nie przeszkadzała jednak w najmniejszym stopniu opieszałość kelnera. Nie na ucztę Lukullusa tu przyszli, a wódka i zakąska były tylko zapłatą za miejsce, w którym chcieli porozmawiać bez przeszkód i bez podsłuchiwania. Dyskrecję zapewniały im tutaj w pełni właśnie owo niewielkie zainteresowanie personelu, oddalony stolik i głośna muzyka, która tłumiła ich rozmowę.
Pierwsza pięćdziesiątka dostarczonej im w końcu po kwadransie wódki uczyniła Franciszka Pirożka skłonnym do zwierzeń.
? Milicja nie jest już dobrym miejscem dla mnie. ? Wpatrywał się w dym papierosa, kręcący się nad stolikiem. ? Nie przechowam się w niej do emerytury… My, kresowi policjanci, stajemy się coraz bardziej podejrzani dla ubowców, którzy wciąż mocniej i mocniej nas infiltrują, którzy niemal wydają nam rozkazy! Ci półanalfabeci, ledwie oderwani od pługa, uważają nas, lwowiaków, za reakcjonistów, panie kolego. Tak jakby, no niech będzie!, ten reakcjonizm przeszkadzał nam w łapaniu złodziei i morderców… Muszę ścierpieć tych chamów… Co mi robić? Odejść, kiedy mam małe dzieci i młodą żonę, która wymaga różnych dóbr?
? Odejść! ? odparł Popielski. ? Usunąć się w cień, panie Pirożek, bo prędzej czy później przyjdą po pana… A tak, w cieniu, to może będzie im trudniej… Uniknął pan Katynia, uniknął pan Sybiru, ale ubekom, jako milicjant, to już pan nie umknie… Niektórzy z nich może i są półanalfabetami, ale nawet jako tacy mają spryt i podstępność chama, a instynkt wściekłego zwierza… Nie może pan zmienić zawodu? Przecież ma pan maturę po dobrym gimnazjum… Buchalter to coś w sam raz dla pana, a teraz wszędzie brakuje ludzi wykształconych!
? Mam maturę ? powiedział ze smutkiem Pirożek i poczekał, aż kelner postawi przed każdym z nich talerze z flaczkami i odejdzie. ? A nawet rok studiów agronomicznych… Ale co z tego, kiedy nic innego nie umiem robić, jak tylko śledzić i przesłuchiwać? Mam teraz zamienić pistolet na kalkę przebitkową? Wie pan, jak zareaguje na to moja żona? Nie jestem już dzieckiem Fortuny, jak pan to zawsze mawiał… Teraz w tym świecie szansę mają tylko dzieci Aresa…
Popielski zanurzył łyżkę w zupie i nie udzielił Pirożkowi więcej żadnej rady na temat dalszych decyzji życiowych. Jadł flaczki wolno i ostrożnie, zawiązawszy sobie pod szyją serwetę. Ostatnie, czego by pragnął, to pobrudzić resztkami zupy swój nowy krawat, jaki dzisiaj rano kupił u Bryknera, w jego słynnym sklepie z jedwabiem i materiałami bielskimi.
? Te flaczki nie takie dobre jak u Krebsa na Łyczakowskiej, ale ujdą. ? Pirożek wyraził opinię o potrawie, po czym otarł serwetą usta i popatrzył uważnie na Popielskiego. ? Ale ja tu pana zanudzam, panie kolego, moimi kłopotami, a pan przecie wspominał mi przez telefon o jakiejś prośbie dyskretnej…
? Wspomniałem też panu ? przerwał mu Popielski ? o honorarium, które mam dla niego za spełnienie tej prośby… Tak jak mówiłem, wystarczy na dwie tony węgla i coś dobrego na święta…
? Co mam dla pana zrobić, żeby mój piec był ciepły w czasie miłych rodzinnych świąt? Czyli ile tak dokładnie dostanę?
? Dziesięć tysięcy.
? Co za to jest do zrobienia?
Popielski rozejrzał się dokoła. Nie ujrzał nikogo podejrzanego ? ani ciekawskich spojrzeń, ani nagłego umykania wzrokiem, ani rozłożonej i podziurkowanej gazety, która by zasłaniała twarz siedzącego gościa.
? Muszę wiedzieć ? szepnął ? czy pewne dwie osoby, młode dziewczyny, licealistki, są agentkami UB.
Pirożek wskazał palcem na napis, który oprawiony w ramkę widniał na ścianie: ?Spożywając mięso w dni bezmięsne, przyczyniasz się do potajemnego uboju?.
? Strawestuję ten napis ? powiedział milicjant. ? Wchodząc w drogę ubowcom, przyczyniam się do rozrostu sił antysocjalistycznych. A za to to ja, mój panie, nawet głową mogę zapłacić, nie tylko posadą… Dobre święta nie są tyle warte, panie kolego…
? Jeszcze tona węgla i dwa kilogramy masła deserowego? ? Popielski potarł palcami w geście liczenia pieniędzy.
? Razem tysiąc pięćset, dobrze liczę?
? Dobrze.
? Będzie mi zbyt ciepło w zimie. ? Pirożek uśmiechnął się szeroko. ? A masło w nadmiarze ponoć powoduje apopleksję… Ale niech będzie, czego to się nie robi dla krajana! Zgadzam… Ale czy pan wie, co ja mogę dla pana zrobić za te pieniądze?
Popielski spojrzał ze zdumieniem na swego ziomka.
? Przecież panu powiedziałem, czego sobie życzę…
? Wszystko, do czego uda mi się dojść, panie Popielski, to nie jest być może to, czego pan sobie życzy… Lojalnie teraz pana uprzedzę, jaki może być wynik minimalny, a jaki maksymalny moich działań.
? Słucham pana.
? Archiwum UB to nie jest sklep bławatny, gdzie każdy wchodzi i przegląda sobie bele materiału, dotyka je et cetera… Jest to twierdza, do której można się dostać podstępem i nieosobiście… Jedyny możliwy plan jest następujący…




