Strona główna Recenzje Kolejna straszna opowieść czyli ?Król Tyru? Tomasza Białkowskiego

Kolejna straszna opowieść czyli ?Król Tyru? Tomasza Białkowskiego

0
PODZIEL SIĘ

Recenzja Marty Guzowskiej

 

Ma Tomek Białkowski dar do wymyślania strasznych historii, oj ma. Osobom o słabszych nerwach zdecydowanie odradzam branie jego powieści do rąk wieczorem, lub w niesprzyjających okolicznościach przyrody. A i tych o mocniejszych nerwach powinnam chyba ostrzec: majaki senne gwarantowane. Jeśli nawet nie dziś, to kolejnej nocy na pewno dopadnie Was wizja Białkowskiego.



?Król Tyru? to trzecia ze strasznych opowieści Białkowskiego o dziennikarzu śledczym Pawle Werensie, który walczy, w sensie dosłownym i w przenośni, z tajemniczą sektą kainitów. A już się wydawało, że Werens uspokoił się i zrezygnował z ambicji zbawiania świata. Postanowił zająć się ciężko chorym ojcem i zrezygnował z pracy (czytaj: ?właściwie to go wylali?) w gazecie. Cóż może w tym być ekscytującego?

 

 

Zabawa zaczyna się, kiedy dzwoni telefon. Po drugiej stronie linii kobiecy głos przedstawia się jako córka mistrza Montalto, potwornego przywódcy sekty kainitów, z którym Werens starł się w pierwszej części trylogii. Córka Montalto prosi Werensa o pomoc w odnalezieniu własnej zaginionej córki, dorosłej już co prawda, ale mocno niezrównoważonej kobiety, która pozostaje pod silnym wpływem dziadka i może strzelić straszne głupstwo. Razem z wnuczką Montalto ginie też młody doktor z miejscowego szpitala. Jakby tego było mało, Werens natyka się przypadkowo na Lenę Lipską, prześladowaną przez byłego męża. I zaczyna się robić gorąco. A raczej duszno.

Najciekawsza w tej całej historii jest tajemnicza budowla w której znaleziono spalone zwłoki. Grobowiec w kształcie piramidy wybudowany został przez rodzinę Fahrenheitów pod mazurska wsią Rapa. W ?Królu Tyru? piramidę Fahrenheitów łączą podziemne korytarze z kwaterą Hitlera w Wilczym Szańcu. Białkowski przyznaje w posłowiu, że tej kawałek sobie zmyślił, ale piramida w Rapie istnieje naprawdę i od dawna fascynuje archeologów i historyków sztuki. Umieszczenie piramidy na kartach powieści to pomysł znakomity, którego wręcz Białkowskiemu zazdroszczę.

Ale nie byłabym archeologiem, gdybym się do czegoś nie przyczepiła. Niestety to, co Białkowski pisze o właściwościach energetycznych piramid to totalna post-Daenikenowska bzdura. Nie ma żadnych naukowych dowodów (naukowych, a więc popartych powtarzalnymi eksperymentami o kontrolowanych parametrach i wykonanymi niezależnie przez kilka grup badawczych) na to, ze w jakiejkolwiek piramidzie, ani tej w Gizie, ani tej w Rapie cokolwiek promieniuje. A Gonczarow cytowany przez Białkowskiego należał do tych ?uczonych?, którzy wszędzie widzą piramidy, nawet tam, gdzie naprawdę nie było komu ich wznieść (jeśli odrzucimy teorię o przybyszach z kosmosu musimy jednak przyjąć do wiadomości fakt, że wznoszenie piramid do praca dla setek tysięcy robotników, których trzeba jakoś wyżywić, jest to więc tylko wykonalne w wielkich cywilizacjach, gdzie faraon lub inny król ma potężną moc sprawczą). Sorry dla wszystkich rozczarowanych, ale takie są fakty. A jak powiadał nieśmiertelny Indiana Jones: ?Mówimy tu o faktach, nie o prawdzie. Jeśli interesuje was prawda, wydział filozofii znajduje się na końcu korytarza?. Rozumiem, że licencia poetica i tak dalej, ale mógł Białkowski informacje o energii piramid potraktować trochę z dystansu. Bo jeszcze ktoś uwierzy i co wtedy?

Jedną tylko jeszcze rzecz miałam do zarzucenia Białkowskiemu podczas czytania ?Króla Tyru?, którego, notabene, połknęłam w jeden dzień: odniosłam wrażenie, że Autor trochę się spieszył, żeby przejść już, teraz, jak najszybciej, od jednej sceny do drugiej. Tomku, następnym razem wolniej. Skoro straszysz nas tak wybornie, pozwól nam się pobać.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Szara Godzina.