Recenzja Adrianny Michalewskiej
Najuczciwiej byłoby napisać: od czasów „Całego zdania nieboszczyka” Joanny Chmielewskiej nie bawiłam się tak dobrze przy powieści kryminalnej na wesoło. Iwona Czarkowska zastosowała kilka znanych i zawsze działających

chwytów, a przygody bohaterów opisała tak zabawnie, że książkę czyta się także dla języka, którym się posłużyła.
Maleńka miejscowość Groble Olszanickie i pensjonat Trzy Buki to miejsce, gdzie znajduje schronienie Karolina, ofiara zdrady małżeńskiej, a jednocześnie krewna kobiety, która przed laty pracowała w ośrodku.
Właśnie wtedy, przed trzydziestu ponad laty w miasteczku ktoś napadł na bank. Sprawców nigdy nie znaleziono. I tyle, jeśli chodzi o kryminał. Po latach, syn właściciela Trzech Buków zaprasza na długi weekend gości z tamtych czasów. Od razu wiadomo, że przyjadą dziwaczne osóbki, które ubarwią smętną atmosferę miasteczka. Pojawia się też niejaki Ronald Scarpeda, Amerykanin, którego polszczyzna przypomina sławnego komisarza Muldgaarda znanego ze zwrotu pani biała glizda takoż proszę won (Wszystko czerwone Joanny Chmielewskiej), dla którego Trzy Buki to Trzy Zbuki, a w ogóle to on szuka swoja owca, czyli ojca, który tu właśnie wyznawał miłość matce Ronalda.
Do tego dochodzi jeszcze tajemniczy Marczak w śmierdzących kaloszach, którymi lubi wybijać ludziom szyby w oknach, prawicowy polityk o mentalności ” z chłopa król” i staruszka z kotem, który lubi cukier. Zapowiada się wyśmienicie. W pensjonacie incognito melduje się także niejaka policjantka, która ma słabość do nierozwiązanych spraw i motocykli. A wszystkimi rządzi kucharka Wiernikowa, mistrzyni gotowania i amatorka prawdziwych pączków ociekających lukrem.
Zdrada pachnie pomarańczami to trzecia w serii kryminałów na wesoło powieść wydawnictwa Prószyński i S-ka. Po Tutto bene i Szkodliwym pakiecie cnót ta książka jest jak obietnicą, że każda kolejna będzie jeszcze lepsza.
Bardzo polecam!





