Agata Christie, Zabójstwo Rogera Ackroyda
Przyznam, że powieści kryminalne typu whodunnit czytam zwykle od końca.
A to dlatego, że bardziej interesuje mnie jak detektyw udowodni zabójcy winę, niż to, kto jest mordercą. Wiadomo, że zabił ktoś z przedstawionych bohaterów i że do końca nic nie będzie jasne. Dopiero niespodziewany zwrot akcji wynikający z nagle pojawiającego się dowodu lub osoby pozwoli na rozwikłanie sprawy.
Podobnie jest w Zabójstwie Rogera Ackroyda. Mała miejscowość, gdzie do największych rozrywek należy plotkowanie i podglądanie sąsiadów. Bogaty, ale ohydnie skąpy Ackroyd i jego rodzina: bratowa, bratanica, przybrany syn, rozdrażniona pokojówka, sekretarz, przyjaciel i opisujący to wszystko doktor. Kto z nich wbił sztylet ofierze?
Jak można przypuszczać, podejrzani są wszyscy. Co gorsza, wszyscy kłamią. Na szczęście za płotem doktora zamieszkał pewien miły Belg, który zamierza hodować w Anglii dynie. Poproszony o pomoc, nie zamierza odmówić. I całe szczęście, bo fabuła tej powieści jest tak zagmatwana, że można jej przyznać miano- mistrzowska.
Sama autorka poniosła konsekwencje swojej pomysłowości, bo złamała jedną z zasad, jakie obowiązywały pisarzy zrzeszonych w Klubie Detektywów. Została za to wykluczona z Klubu , na szczęście – na krótko.
Jaka to była zasada? Jedna z trzech: zabójca nie może być detektywem, zabójca nie może być narratorem, nie można wprowadzać do akcji sił nadprzyrodzonych. Chwała Bogu, że Christie okazała pogardę dla regulaminu i napisała po swojemu. Czyta się wyśmienicie.
Powieść zawiera pewną ciekawostkę, wartą uwagi. Pewien Amerykanin nosi przy sobie ptasie piórko, w którym ukrywa biały proszek, służący mu do poprawy nastroju. Jak rozumiem, tak było w czasach, zanim wymyślono karty kredytowe i tzw. kreski (lub ścieżki). Pomysłowe, ale zostawia ślady. A szkoda, bo pomaga konstruować ciekawe historie z odlotami w tle.
Serdecznie polecam. Powieść otrzymałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Dolnośląskiego.





