Strona główna Aktualności Weekend z „Lawiryntem” Emila Marata

Weekend z „Lawiryntem” Emila Marata

0
PODZIEL SIĘ

„Lawirynt” Emila Marata to powieść, która musi budzić zaciekawienie. Interesująca jest nie tylko jej treść (próba scharakteryzowania mechanizmu powstawania afer polityczno-gospodarczych w Polsce), ale i forma. Jest mieszaniną różnych gatunków powieści popularnej – sensacyjnej fabule towarzyszy prezentacja środowiska PR-owców i rozmaitej maści spin-doktorów, ratujących wizerunek w kryzysie, cynicznych i nie do końca uczciwych nawet wobec siebie, obyczajowa obserwacja społeczeństwa w dobie rozwijającego się kapitalizmu, a nawet romans. Uwagę zwracają też poprowadzenie narracji i żywe dialogi. No i kreacja postaci – barwnych, żywych i przekonujących.

 

A oto, co o „Lawiryncie” napisał wydawca:

Co to znaczy lawirować? Starać się wybrnąć z trudnej sytuacji, nie narażając się nikomu i przy okazji osiągnąć korzyść. Co to znaczy dla głównego bohatera? Traci on pracę w telewizji i marząc o najnowszym modelu BMW, przyjmuje intratne stanowisko specjalisty od wizerunku wielkiego przedsiębiorstwa finansowego inwestującego w złoto i zamierzającego uruchomić nowe linie lotnicze. Rychły upadek tej firmy – po oskarżeniu jej przez prasę o tworzenie tzw. piramidy finansowej, przypominający słynną przed paru laty aferę związaną z autentyczną tego rodzaju polską spółką i jej bankiem (aluzja jest czytelna choćby w nazwie Aurum Profit) – wpędza go i jego przyjaciół w istny labirynt niezrozumiałych wydarzeń. Tajemnicze spotkania, napady, morderstwa, śledzący są śledzeni, zabójcy zabijani, sensacja się upowszednia, a do rozwikłania przyczyn nie sposób dotrzeć. Oczywiście są też interesujące obserwacje rzeczywistości, subtelne analizy psychologiczne, a także miłość do pięknej kobiety.

Wspomniana aluzja nie jest jedyna. Uważny Czytelnik znajdzie także wiele odniesień do znanych postaci i dzieł.

Książka została brawurowo napisana językiem, który gdyby nie był tak bardzo prawdziwy, zakrawałby na parodię. Zwraca uwagę nagromadzenie (już utrwalonej u nas) obcej terminologii z dziedziny biznesu i marketingu oraz dotyczącego przede wszystkim nazewnictwa sprzętu elektronicznego i wszelkich lifestylowych akcesoriów, marek samochodów itp. Dialogi zaś obfitują w dosadne wulgaryzmy.

Jest w powieści dalszoplanowa, ale znacząca postać starego polskiego pisarza. Należy on do rzeszy klientów banku, okradzionych przez wspomnianą firmę. Jednak trzyma fason  jako przedstawiciel swego pokolenia, nie przejmując się pieniędzmi, w przeciwieństwie do innych. Zaszył się z rodziną w zakątku niegdyś snobistycznej dzielnicy Warszawy i bezradny wobec „płynnej nowoczesności”, ogląda w telewizji ten polski serial z życia wyższych sfer. Mamy tu ludzi mediów i wielkiego biznesu, byłą baletnicę jako szefową marketingu linii lotniczych, rockmana geja, dziennikarza śledczego, agentów bezpieczeństwa, zawodowych morderców należących do mafii zza wschodniej granicy, mamy też prestiżowe dziedziny sportu, jak jachting czy dog fresbee, designerskie wnętrza, szybkie samochody… Dane mu jest uratowanie kogoś z serialu – niedoszłej ofiary płatnych zabójców. Akcja toczy się w Warszawie, Gdańsku, we Wrocławiu albo w Szwajcarii. Nikt nigdzie nie czuje się obco, chyba że wysiądzie na chwilę z auta i znajdzie się, jak w pierwszej scenie książki, wśród kwiatów polskich i łąkowych traw na zagubionej wschodnioeuropejskiej wsi.

Tak więc główny bohater halsuje ku zaskakującej puencie powieści, jednakże Autor jako prawdziwy mistrz nie stawia kropki nad i.