Strona główna Aktualności Strach przed ratrakiem – recenzja „Czarnej trasy” Antonio Manziniego

Strach przed ratrakiem – recenzja „Czarnej trasy” Antonio Manziniego

0
PODZIEL SIĘ

Recenzja Agnieszki Krawczyk

 

Bardzo lubię kryminały o zimie. Jestem wielbicielką Monsa Kallentofta, Bernarda Miniera, zachwycił mnie „Śnieg pokryje śnieg” Levi Henriksena. Dlatego gdy wydawnictwo Muza zaproponowało mi do recenzji „Czarną trasę” miało moje entuzjastyczne „tak”.

 

 

Bo oprócz tego, że jest to kryminał o zimie, to w dodatku jest to kryminał narciarski. No i akcja toczy się we Włoszech. Czego chcieć więcej w mroźnym zimowym sezonie (czytałam „Czarną trasę” przedpremierowo w styczniu pomiędzy jednym wyjazdem na narty a drugim).

Fabuła także jest frapująca. Mamy Rocco Schiavonego, komisarza policji, który po jakiejś osobliwej reformie stopni służbowych otrzymuje tytuł „wicekwestora” (cóż to właściwie jest?), zesłanego z Rzymu do narciarskiego kurortu w dolinie Aosty. Schiavone nie cierpi tego miejsca, gdzie jest zimno, ciemno i do domu (czyli Rzymu) daleko. Docenia ładne widoki, kuchnię i wdzięki niektórych kobiet, ale tych podniet wystarczyłoby mu na krótki urlop, nie na życie. A jednak zmuszony jest tu mieszkać, pracować i jakoś się wpasować w zastane warunki. Próbuje więc dalej chodzić w ulubionych zamszowych butach (po jednym wyjściu na śnieg są do wyrzucenia), palić ukochane papierosy, postępować wedle własnych reguł, nie liczyć się z nikim. Jak zawsze.

 

 

Już go lubimy, prawda? No i słusznie, bo Schiavone to najbardziej wyrazista, nietuzinkowa postać tej serii. Komisarz (wybaczcie, ale ten wicekwestor nie przechodzi mi przez klawiaturę) będzie się musiał zmierzyć z makabryczną zbrodnią. Zostają bowiem znalezione zwłoki w śniegu. Trudne do identyfikacji, bo na skutek zbiegu okoliczności (odnaleziono je na narciarskiej trasie) przejechał po nich ratrak.

 

Już ustalenie kim jest ofiara nastręcza wiele problemów. Jeszcze więcej czasu zajmie odkrycie, kto ją do tak marnego losu doprowadził. Kto zabija w Champoluc? Czy mieszkańcy malowniczej alpejskiej wioski mają coś do ukrycia? Komisarz musi to wyświetlić, a nie jest to łatwe – jest obcy i nie bardzo orientuje się w miejscowych układach.

 

W „Czarnej trasie” obok mocnej i wyrazistej kreacji głównego bohatera – ujmującego i wnerwiającego jednocześnie, zachwyciła mnie próba zderzenia ze sobą mentalności Rzymianina i mieszkańców górskiego kurortu. I myliłby się ktoś, myślący, że prowincjusze wypadają w tej konfrontacji tysiąc procent gorzej. Na pewno nie zawsze i nie we wszystkim. Schavionego nieledwie w kompleksy wpędza fakt, że każdy z jego podwładnych, najniższy stopniem policjant na komisariacie, mówi po angielsku. On sam zna w tym języku ledwie kilka słów. Cóż – taka jest specyfika alpejskiej stacji narciarskiej żyjącej z turystów. Miasteczko jest urokliwe, zadbane, a miejscowe pensjonaty to tak naprawdę hotele de luxe, w które włożono kupę pieniędzy. Z drugiej strony ludzie z doliny Aosty mają cechy, których Rocco nie akceptuje – są w jego oczach ociężali umysłowo i zbyt przywiązani do procedur. Prowadzący sprawę prokurator sprawia przy tym wrażenie lekko obłąkanego (choć jego pomysł, by rząd budować na wzór klubu piłkarskiego, czyli kupować najlepszych ministrów za granicą uważam za odkrywczy!). Okazuje się też, że i w tym niewielkim aostańskim miasteczku daje się przeszczepić kilka zwyczajów z Rzymu. Czy dobrych? W każdym razie w guście Rocco Schiavone.

 

No i kobiety. Komisarz nie stroni od ich wdzięków i umie podrywać. Każda budzi jego żywsze bicie serca, nawet rozpaczająca żona ofiary. Bo taki jest już z niego drań. Ale za to kochamy takich komisarzy, czy tam – wicekwestorów.

 

Wszystko toczy się w zniewalających alpejskich krajobrazach, o których autor nie pozwala nam ani na moment zapomnieć. Żałujemy wręcz tych granatowych zachodów słońca i bieli śniegu. Aż ma się ochotę wskoczyć w samochód, jechać, a potem na stok. Tylko dlaczego odkąd widzę ratrak, mimowolnie się wzdragam? Oto jest pytanie!

 

Myślę, że w kolejnych odcinkach dowiemy się więcej na temat biografii Rocco, bo jest to wciąż temat otwarty (historia jego żony) i różnych manipulacji, które czyni na boku oficjalnych policyjnych działań.

 

Kryminał Manizniego nie tylko trzyma w napięciu i zaciekawia do ostatniej strony, ale bawi sympatycznym poczuciem humoru głównego bohatera. Z Rocco Schiavone na pewno nie można się nudzić – tak w trakcie lektury, jak i w życiu.

 

Serdecznie polecam Państwu „Czarną trasę” na zakończenie zimy i sezonu narciarskiego, a sama czekam na kolejne kryminały Manziniego z tej serii. Stałam się fanką!

 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa MUZA