Strona główna Aktualności „Pobudka, geniuszu” – recenzja „Znalezione nie kradzione” Stephena Kinga

„Pobudka, geniuszu” – recenzja „Znalezione nie kradzione” Stephena Kinga

0
PODZIEL SIĘ

Recenzja Agnieszki Krawczyk

John Rothstein, powieściopisarz i twórca kultowej postaci Jimmy’ego Golda, od kilku dziesięcioleci nie wydał żadnej książki. Niczym J.D. Salinger zaszył się gdzieś na prowincji, nie udziela wywiadów, z nikim się nie kontaktuje. Żyje prawie w kompletnym zapomnieniu. Ale jak w popularnej reklamie – „prawie robi wielką różnicę”, bo o Rothsteinie jednak ktoś pamięta. I ma mu za złe, że w ostatniej powieści uczynił z Golda oportunistę, który sprzeniewierzył się swoim młodzieńczym ideałom, porzucił bunt, by robić karierę w agencji reklamowej i otoczyć się rodziną. Tym „kimś” jest fanatyczny czytelnik, Morris Bellamy, chłopak inteligentny, ale neurotyczny, agresywny i gwałtowny. Kocha Jimmy’ego Golda miłością tak silną, jakby był to prawdziwy człowiek, a nie literacka fikcja. I nienawidzi Rothsteina, że skaził w ostatniej wydanej powieści jego idola. Bellamy śledzi wszystkie doniesienia na temat pisarza i dociera do niego plotka, że Rothstein wcale nie przestał pisać – wciąż tworzy, ręcznie zapisując swe opowieści w notatnikach Moleskine. Fan Jimmy’ego Golda wpada więc na pomysł – włamie się do domu Rothsteina, zamorduje go, a potem obrabuje z notesów. Wierzy bowiem, że zapiski zawierają kontynuację dziejów ulubionego bohatera, a on pragnie za wszelką cenę je poznać.

 

 

Powieść Kinga i notatnik Moleskine autorki recenzji.

 

 

 

Morderca jest może szalony, ale na pewno nie głupi – po dokonaniu zbrodniczego czynu, zakopuje swój łup w kufrze ukrytym w dziurze pod drzewem. Mam nadzieję wrócić po skarb niebawem, ale zostaje schwytany i osądzony za zupełnie inne przestępstwo.

Czas płynie, mijają dekady. Bellamy gnije w więzieniu, a pobliska rzeka podmywa korzenie drzewa. Nastolatek Peter Sauberg, którego rodzina żyje w niedostatku, przede wszystkim dlatego, że ojciec nie może pracować, potrącony kilka lat wcześniej przez Mordercę z Mercedesa, odkrywa skarb. Najbardziej nęcą go pieniądze w kopertach, ale później przeczyta i notesy… Tymczasem Bellamy uzyskuje zwolnienie warunkowe i zaczyna szukać swojego łupu…

Drugi kryminał Kinga, jest jeszcze lepszy niż pierwszy, czyli „Pan Mercedes”. Akcja biegnie do przodu jak szalona, nie dając czytelnikowi odetchnąć. Mamy tu zbrodnię sprzed lat i cień przeszłości, który ogarnia biednego Pete’a. Chłopak pragnie tylko pomóc rodzinie, sprawić, by rodzice się nie kłócili, a młodsza siostra była szczęśliwa, w końcu „znalezione nie kradzione”, jak mówi porzekadło. Nastolatek szybko przekona się, że jest inaczej i czasem nie warto sięgać po niespodziewany skarb, bo ktoś może się o niego upomnieć. A jeśli jest to człowiek taki jak Bellamy – okrutny, pozbawiony skrupułów i szalony, śmierć zagraża nie tylko temu, co zagarnął majątek, ale i jego bliskim.

W najnowszej powieści powróci nietypowa trójka śledczych – emerytowany policjant Bill Hodges i jego pomagierzy – wycofana społecznie Holly Gibney i student, udający „dresa z przedmieścia”, czyli Jerome Robinson. Sprawą zainteresują się ze względu na Pete’a, chłopaka, któremu chcą pomóc, bo podejrzewają, że wpadł w tarapaty. Jak są one wielkie, nie ma świadomości żadne z nich.

W „Znalezione nie kradzione” uważny czytelnik Kinga dostrzeże echa innych powieści tego autora: „Misery”, gdzie fanatyczna wielbicielka więziła ulubionego autora, terroryzując go i zmuszając do kontynuowania losów ukochanej bohaterki, czy „Skazani na Shawshank”, z plastycznymi opisami więziennego życia i okrutnych praw, jakimi ono się rządzi.

Już od dawna wiem, że King lubi opisywać życie pisarzy. Męki twórczej blokady pokazał w „Worku kości”. Szaleństwo samotnego autora w „Balladzie o celnym strzale”, lęki przed psychofanami w „Misery” i właśnie teraz w „Znalezione nie kradzione”. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że sam King boi się kogoś takiego jak Anne Wilkes czy Morris Bellamy.

To także opowieść o pisarskiej samotności – Rothstein jest jak Salinger, mistrz powieści amerykańskiej, który literacko zamilkł w 1956 roku, a ostatniego wywiadu udzielił trzydzieści lat przed śmiercią, czyli w 1980 roku. Jestem pewna, że o Salingerze krążyły podobne plotki – zamknięty w domu w Cornish pisze kolejne dzieła, które ukrywa w sejfie. Myślę, że postać Rothsteina nawiązuje również do Philipa Rotha (warto porównać te dwa nazwiska!), który co prawda wciąż pisze, ale jego ulubiony bohater, Natan Zuckerman, w pewien sposób nawiązuje do Jimmy’ego Golda.

Powieść Kinga czytałam z prawdziwą przyjemnością. Autor, jak to on, przemycił kilka dydaktycznych prawd. Warto się zastanowić, czy nieoczekiwany uśmiech losu na końcu nie okaże się wrednym grymasem. Przyjaciół nie jest łatwo zyskać, ale gdy się już ich ma, jest to największy skarb.

No i coś na co wszyscy czekaliśmy – Morderca z Mercedesa wciąż żyje. Trudno powiedzieć, czy ma się lepiej tam dokąd trafił, ale jest w nim coś niepokojącego. Coś, o czym przeczytamy zapewne w następnej książce…

Bardzo polecam!

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Albatros