Strona główna Inne Mateusz Marcin Lemberg „Mennica”. Fragment

Mateusz Marcin Lemberg „Mennica”. Fragment

0
PODZIEL SIĘ

Dzień dziewiąty

niedziela

10 kwietnia

 

„Stara terenowa łada pędziła pustymi ulicami Warszawy. Ruszyli z Izabelina przed czwartą, po kwadransie przejechali Wisłę mostem Grota, skręcili w stronę Radzymina, potem w ulicę księdza Poławskiego. Saks się nie odzywał, skupiony na prowadzeniu, co chwila zerkał na zegar w desce rozdzielczej. Zajechali na parking przy cmentarzu, mniej więcej w połowie drogi łączącej trasę na Białystok i Rembertów. Wokół panowały ciszai  ciemność.

– Co teraz? – odezwał się Witczak.

Saks zapalił papierosa.

– Czekamy – odpowiedział i wydmuchał chmurę dymu.

Starzec siedział w milczeniu z tyłu. Witczak czuł jego obecność. Po dziesięciu minutach na drodze rozbłysły światła reflektorów. Potężna toyota z napędem na cztery koła zbliżała się od strony Rembertowa. Zaparkowała kilkanaście metrów od nich. Saks przeszedł do bagażnika. Z torbą podróżną ruszył w stronę przybyłych, uginając się trochę pod jej ciężarem. Witczak dołączył do gospodarza, ciekaw ludzi, którzy wyznaczyli im spotkanie.

 

 

 

Z toyoty wysiadł wielki, ubrany w sportową marynarkę facet. Coś w jego wyglądzie wskazywało, że jest obcokrajowcem – niedbale zawiązany pod szyją szalik,

może niestosowne na tę porę roku buty. Obok stanął pasażer – niski, napakowany blondyn. Czekali, aż Saks podejdzie bliżej. Witczak szedł za nim krok w krok, do połowy dzielącego samochody dystansu. Rzucił ciężką torbę na ziemię. Wycofali się na odległość paru metrów, jakby przywieziony przez nich towar promieniował. Wysoki dał znak małemu, a ten zbliżył się do pakunku, przyklęknął, otworzył zamek, zajrzał i wrócił z torbą do kumpla. Zamknęli się w toyocie, zapalili lampkę podsufitową, oglądali coś pod światło. Po chwili niski wysiadł z małą walizką o przetartej na kantach skórze. Witczak pomyślał, że musiała być stara. Facet zrobił kilka kroków w ich stronę i od niechcenia cisnął neseser na ziemię, w miejsce, gdzie wcześniej leżała torba. Saks kucnął, wewnątrz znajdowały się równe rzędy dwustuzłotowych banknotów. Jakieś dwadzieścia grubych plików. Jan podniósł walizkę bez przeliczania i sprężystym krokiem skierował się do łady.

To wszystko? – chciał zapytać Witczak. Wtedy tuż obok ujrzał Starca, który zwrócił ku niemu pomarszczoną twarz. „To jeszcze nie koniec” – powiedział z krzywym uśmiechem. Zero po raz pierwszy usłyszał jego głos.

 

Przy ich samochodzie stał trzeci facet, oparty o drzwi kierowcy. Zagradzał im drogę. Saks postawił neseser i zawrócił do toyoty. Witczak zrobił dwa kroki, żeby lepiej słyszeć, ale zorientował się, że język, w którym prowadzili rozmowę… cóż, brzmiał dziwnie. Trochę jak niemiecki, trochę angielski, z domieszką skandynawskiego. Nie rozumiał ani słowa, mógł tylko śledzić zmieniający się rytm mowy. Po krótkiej wymianie zdań głos Saksa przeszedł w dyszkant.

Coś się stało, pomyślał Witczak. Coś, co zmieniło całą sytuację. W końcu padło znajome słowo. „Kamilla”. Z siostrą Jana, pracującą w szpitalu w Tworkach, łączyło Witczaka coś na kształt zalążka romansu.

Jan sięgnął po telefon, po chwili oczekiwania odezwał się po polsku. Witczak zrozumiał, że pytał o Kamillę. Zacisnął w kieszeni dłoń na rękojeści pistoletu, przełożył palec wskazujący na cyngiel, gotów do działania.

Rozmowa telefoniczna została zakończona, wtedy padło kolejne znajome imię. Alina. Znowu szybka, niezrozumiała, wypowiedziana równie złowrogim tonem odpowiedź.

Jan zaczął krążyć po niewielkim okręgu, tamci czekali, wyższy stawiał żądania. Gospodarz Witczaka tylko kiwał głową. Potem podszedł do Zera. Facet, który pilnował łady, zniknął. Musiał obejść oba samochody, bo pojawił się przy toyocie, dołączył do kumpli. Zamknęli się w kokpicie, odpalili silnik i zaznaczyli ciemność drogi czerwoną poświatą tylnych reflektorów.

Zero i Jan zostali sami.

– Może coś powiesz? – wypuścił słowa niczym próbny balon. Choć domyślał się, że nie jest OK.

– Mają je obie – wydusił z siebie Jan, wracając z pośpiechem do samochodu.

– Nie tak szybko – zatrzymał go Zero, wskazując na kapeć w przedniej oponie. – Zabezpieczyli się.

Wtedy ponownie przemówił Starzec. Odgarnął siwe strąki włosów opadające mu na pomarszczone czoło. Jego głos wydał się Witczakowi znajomy.

„Ale się wpierdoliłeś” – rzucił.

 

Dzień pierwszy

sobota

2 kwietnia

 

Pół godziny przedzierali się przez las, podążając za psem, który co chwila pojawiał się przed nimi w odległości kilkudziesięciu metrów, jakby czekał, kręcąc się w kółko i poszczekując niecierpliwie. Na widok ludzi biegł dalej. Wypatrywali ścieżek, ale Suzy prowadziła ich swoją trasą, na szczęście rzadkim dębowo-grabowym lasem. Nie męczyli się zanadto, musieli tylko omijać grube pnie powalonych starców. Wypatrywali śladów farby i zastanawiali się, co wytropił pies. Nie dostrzegli jednak żadnych kropelek, z których mogliby cokolwiek wywnioskować.

– Z kim zrobił ścieżkę tropową? – zastanawiał się Hif, myśląc o Arturze i metodzie szkolenia, jaką obrał. Bo miał nadzieję, że jednak jakąś obrał.

– Aż taki głupi nie jest – zaperzył się Maciej. – Sam, ale najwyraźniej Suzy wpadła na coś innego.

– Może jakiś postrzałek? Albo sidła? – Okoliczni mieszkańcy borykali się z plagą kłusownictwa.

W odpowiedzi Maciej ściągnął z ramienia kniejówkę. Hif nie zabrał nieprzystrzelonej dubeltówki, ale w kaburze trzymał służbowego glocka.

– A może biega za obcierką* – powiedział z nadzieją Hif. Postanowił, że jego pistolet zaczeka spokojnie na rozwój wypadków.

– Mało farby, dużo mięsa – zakpił Wilk, cytując znane powiedzenie.

Usłyszeli wreszcie pełne pasji szczekanie suki dobiegające z gęstego młodnika. Wilk przykucnął z marsem na twarzy. Hif nerwowo bawił się swoją zippo.

– Co myślisz? – zagadał sierżant, ale stary myśliwy tylko nadstawiał ucha ze skupieniem malującym się na okrągłej twarzy. – Sądząc po trasie – jeleń, po młodniku – dzik.

– Tymański robił się w nerwach gadatliwy, czego najwyraźniej nie mógł znieść stary. Machnięciem dłonią uciszył towarzysza. Ale ten nie dał się tak łatwo uspokoić.

– Jeśli zaszarżuje, to po niej.

Wilk wstał ze stęknięciem i ruszył krok za krokiem w bok, by obejść młodnik w poszukiwaniu tropu wejściowego. Problem polegał na tym, że dotąd żadnego tropu nie widzieli. Szczekanie psa było coraz głośniejsze, w miarę jak zbliżali się do skupiska niskich drzew. Kiedy Maciej odnalazł prześwit, ponownie klęknął i przygotował broń do strzału. Nasłuchiwali, pies zamilkł. W gąszczu nie widzieli żadnego ruchu aż do momentu, kiedy z gałęzi wyskoczyła na nich psia torpeda. Stary w ostatniej chwili opuścił lufę. Suzy ocierała się o właściciela, merdała ogonem i piszczała z radości. Wskazywała kufą na młodnik, w końcu zniecierpliwiona spróbowała pobiec z powrotem, gdy nie doczekała się chwili triumfu. Hif powstrzymał ją mocnym chwytem za tropową obrożę z szerokiego pasa skóry.

– Czekajcie tutaj – rozkazał rusznikarz głosem kierownika polowania, któremu nawet sierżant ze stołecznej nie odważyłby się sprzeciwić w łowisku.

Podążył wąską ścieżką wydeptaną przez dziki, schylony rozgarniał gałęzie, starając się nie narobić hałasu, z kniejówką gotową do strzału, po czym zniknął w zaroślach.

Zdezorientowana suka piszczała za panem i usiłowała się wyrwać z uwięzi. Hif próbował ją uspokoić.

– O Boże! – rozległ się krzyk z zagajnika. – Śmierdziel, do mnie! – padło wezwanie jak do psa.”