„Karen znała ten fetor, fetor rozkładającego się ciała ssaka, prawdopodobnie człowieka. Czuła go wystarczająco często, by pamiętać: mdlący, gryzący, duszący, ale zawierający jakby nutę słodyczy. Tym razem jednak coś mu towarzyszyło, coś jakby… kościelnego. Aromat kadzidła?
Blask latarki omiótł mroczne wnętrze tylko raz i to wystarczyło Karen, by stwierdzić, że nikogo tam nie ma. Dywan na nagich deskach, czerwone mazy na szarych ścianach pozbawionych tapety. Weszła do środka, żeby przyjrzeć im się z bliska. Niemal na pewno farba, pomyślała. Jakby ktoś zaczął malowanie i nagle się rozmyślił. Czyżby próbowano odnowić mieszkanie Crowleya? Ów różowy pokój? A jeśli tak, to dlaczego przerwano pracę?

Coś chrupnęło pod jej butami. Spojrzała w dół. Stanęła na małym, martwym ptaku. Podłoga w tym miejscu była nimi usiana. Nie brakowało też luźnych piór. Oni naprawdę próbowali odtworzyć rytuały Crowleya!
– Kurwa, co to jest? – zawołał Glover. – Szpaki? Wróble? A to… Co tu jest grane?!
– Czarna magia. Mniej więcej sto lat temu to mieszkanie należało do słynnego satanisty, Aleistera Crowleya. Miał on zwyczaj karmić kościotrupa małymi ptaszkami. A teraz ktoś próbuje go naśladować.
W końcu miała dowód. Ktoś tu był, całkiem niedawno, a tym kimś z pewnością był Rothley. Ale skąd ten fetor? Gdzie jest jego źródło? Miała wrażenie, że czuć go w całym pokoju, nie umiała stwierdzić, skąd się wydobywa. Może gdzieś w ścianie zdechł szczur?
I znowu przypomniała sobie słowa Rymana: „Niektórzy mówią, że rytuał Abramelina można odprawić z powodzeniem jedynie pod warunkiem, że w ofierze złożonych zostanie kilka osób, czego kulminacją będzie zamordowanie dziecka”.
Wzdrygnęła się. W kręgu światła znowu dostrzegła coś osobliwego: gruby, czerwony dysk, podobny do krążka hokejowego, leżał wśród martwych ptaków. Wyjęła z kieszeni kurtki parę lateksowych rękawiczek i włożyła je z trzaskiem.
– Myśli pani, że to miejsce zbrodni?
Ignorując nerwowe pytanie Glovera, przyklęknęła, żeby podnieść krążek. Był miękki, organiczny. Kształtem i konsystencją przypominał kotlet mielony; dziwna była tylko ta purpurowoczerwona barwa. Karen powąchała go. Wydzielał silną woń kadzidła: mirry, kopalu, storaksu i Bóg wie czego jeszcze. Znała ją z kościoła. Substancja kruszyła się odrobinę i na pewno nie było możliwe zdjęcie z niej odcisków palców, ale i tak była warta zbadania. Karen wyjęła z kieszeni torebkę na dowody, wrzuciła do niej krążek i zamknęła. Do osobnego woreczka włożyła kilka ptaszków, a gdy je zbierała, dostrzegła coś nowego. Czyżby martwe osy? I mała jaszczurka? One także trafiły do torebek. Było coś jeszcze: szczurze łapki. Ucięte, rozrzucone wokół ptaków. Przypomniały jej się stopy kretów w muzeum w Boscastle. Hamując odruch wymiotny, Karen przykucnęła i zaczęła ostrożnie zbierać z podłogi dowody.
– Pani myśli, że to jest miejsce zbrodni, prawda? – powtórzył Glover. – To dlatego te wszystkie woreczki.
Nie odpowiedziała. Teraz, gdy jej nos znalazł się bliżej podłogi, smród wydał jej się jeszcze bardziej intensywny. Nagle pojęła, że jego źródło znajduje się pod dywanem. Pod deskami.
Wstała nagle i jednym szarpnięciem odsunęła dywan. Fetor buchnął ze zdwojoną mocą. W świetle latarki widać było, że niektóre deski zostały niedawno usunięte, a następnie na powrót – i dosyć niedbale – przybite. Pod nimi musiała się znajdować wolna przestrzeń między belkami.
– Proszę mi pomóc – powiedziała, wskazując na łom, który Glover trzymał w rękach. – Musimy zerwać te deski.
Widać było, że mężczyzna nie ma na to najmniejszej ochoty, ale zmusił się. Stękając i sapiąc, zaczął demontować podłogę.
Jako pierwsze oczom Karen ukazały się nogi: gołe stopy i golenie, szare i martwe, lekko napoczęte przez szczury. Ciało musiało tu leżeć od kilku dni. Kolejne deski uniosły się, odsłaniając korpus: młoda kobieta, naga, usmarowana krwią.
Glover z trudem przełknął ślinę.
– O kurwa. Niech pani spojrzy na ręce!
Dłonie i ramiona nosiły liczne ślady ukąszeń. Brakowało dwóch palców. Rozerwane tkanki sugerowały, że być może zostały… odgryzione? Powyżej łokci założone były opaski uciskowe, teraz jednak leżały luźno. Plamy ciemnej purpury na podłożu wskazywały miejsca, w których wsiąkła w nie krew.
Glover cofnął się o parę kroków. Karen wskazała na ostatnią deskę. Tę, pod którą ukryta była twarz.
– Proszę.
Zaklął pod nosem, ale nie odmówił. Tym razem musiał włożyć nieco więcej wysiłku, ale w końcu zgrzytnęły wyciągane gwoździe, trzasnęło naprężone drewno i światło latarek padło na twarz kobiety.
Karen patrzyła na nią zszokowana.
Spodziewała się ujrzeć oblicze wykrzywione grymasem przerażenia, zdumienia albo bólu, jak zwykle bywa, gdy znajduje się ofiary morderstwa.
Lecz ta martwa dziewczyna wyglądała na zupełnie spokojną.
W otwartych ustach widać było skrzepniętą krew – i coś jeszcze. Coś surowego. Coś osobliwego. Co to jest? Karen pochyliła się niżej, by spojrzeć, i zaraz cofnęła się odruchowo.
Usta dziewczyny były pełne jej odgryzionych palców.”
Fragment „Skarbu heretyków” Toma Knoksa zamieszczamy dzięki uprzejmości wydawnictwa REBIS





