?Zbrodnia na boku? to rzadkie połączenie kryminału i humoru. Poniżej fragment, przekonajcie się sami.

?8 marca, wtorek
Rano zza kontuaru recepcji powitała mnie Magda. Zagadnęłam ją o nieobecność pani Zosi. Magda poinformowała mnie o tygodniowym zwolnieniu naszej dziennej sekretarki oraz o tym, że w tym czasie ona będzie ją zastępowała.
??Ho, ho, a dasz? da pani radę? Od ósmej rano to jakieś jedenaście, dwanaście godzin dziennie.
Magda uśmiechnęła się z wyrozumiałością, nie wiem tylko, czy w odniesieniu do mojego lapsusu słownego, czy niewiary we własne siły. Przez chwilę nawet zdawało mi się, że w jej oku błysnęła jakby mała iskierka wyższości.
??Spokojnie ? odparła. ? Dla mnie to nawet dobrze, bo teraz mam czas, a dodatkowe pieniądze akurat mi się przydadzą.
Zdziwiłam się trochę. Aktualny konkubent Magdy, z tego, co było mi wiadome, opływał w dostatki i raczej kasy na narzeczoną nie skąpił, byłam więc przekonana, że pracuje ona bardziej dla rozrywki niż pieniędzy.
W sumie jest to ich sprawa, mnie nic do tego ? pomyślałam i poczłapałam na piętro.
A tam zapach parzonej kawy i gwar nieco większy niż codzienny.
??Co się dzieje? ? spytałam.
??Nie wiesz? ? Witek był wstrząśnięty. ? Dudka aresztowali!
??Tego bramkarza? ? Rzeczywiście się zdziwiłam. ? Przecież wyglądał tak przyzwoicie?
??Co ty, głupia, nie tego, naszego Dudka! I czy to trzeba wyglądać nieprzyzwoicie, żeby być aresztowanym?
Rozumowaniu Witka trudno było odmówić racji. Rzeczywiście, nikt przestępstwa nie ma wypisanego na twarzy?
??Zaraz, zaraz? ? oprzytomniałam. ? Aresztowali naszego Dudka? Pana mecenasa Dudka? Za co go wsadzili?
??Za kratki, coby nie uciekł.
??Stary dowcip ? skwitowałam. ? Powiedzcie, prooooszę, co zrobił Dudek.
Pan mecenas Dudek był radcą prawnym dość luźno współpracującym z Kancelarią Magier i Wspólnicy. Podstawę jego działalności stanowiła własna praktyka, którą wykonywał zazwyczaj u siebie w domu lub w siedzibach klientów. Własnej kancelarii jako oddzielnego, profesjonalnego lokalu z sekretarką i ekspresem do kawy nie posiadał. Do naszej pracy wpadał, gdy był zmuszony organizować spotkanie na teoretycznie własnym terenie, a w zamian za krótkotrwałe najmy sali konferencyjnej świadczył sporadycznie jakieś usługi wspólnikom kancelarii, rozliczając się chyba mniej więcej barterowo. A przynajmniej tak się mówiło.
??Podobno zabił swojego klienta ? powiedziała spokojnie Ala. ? Udusił go tak jakby w afekcie, bo sypiał z jego żoną.
??Z żoną? ? zdziwiłam się. ? Przecież Dudek był rozwiedziony!
??Nie był ? odpowiedział Witek. ? Tylko sprawiał takie wrażenie. Realnie byli od lat w separacji, ale i to tylko faktycznej, nie prawnej. Mieszkali oddzielnie, ale orzeczonej separacji nie mieli, rozwodu tym bardziej, bo Dudek nie chciał go dać Dudkowej, a niby tylko ona zdradzała w tym związku. On mówił, że wciąż wierzy, że ona do niego wróci i takie tam inne terefere.
??Naprawdę? ? Moje zaskoczenie osiągnęło apogeum. ? Myślałam, że tylko kobiety mają takie podejście. No wiecie, nie puszczę, po moim trupie, bo kocham i wybaczam, a on wróci.
??Bo ty nie prowadzisz żadnych spraw rodzinnych i dlatego nie masz zielonego pojęcia o życiu ? powiedziała z wyższością Luiza. ? To nie jest zależne od płci, tylko od ogólnego nastawienia do życia.
??A Dudek jakie miał?
??Co?
??To nastawienie. Do życia.
Nasza Lucinda wzruszyła ramionami, co rozkołysało ogromne niczym dzwony złote kolczyki, zwisające z jej uszu. Zawsze miała słabość do wystawnej biżuterii.
??No, ogólnie mówiąc, to chyba zawistne. Na zasadzie: mnie się nie poszczęściło, to i tobie nie dam.
Rzeczywiście, coś w słowach Lusi zabrzmiało znajomo. Przypomniałam sobie pewną historię, jak jedno z nas wygrało jakąś dużą sprawę, chyba Ala albo Witek, i przyszło do kancelarii ze śpiewem na ustach, wszyscy tej osobie gratulowali i akurat napatoczył się mecenas Dudek i coś takiego powiedział, że od razu sklęsło i nie pozostało nic innego, jak rozejść się po pokojach. To rzeczywiście mogła być kwestia cechy charakteru, a nie płci.
??Opowiedzcie szczegóły ? poprosiłam grzecznie. ? Znając Dudka, wstępnie myślę, że to pewnie jedno wielkie nieporozumienie, ale i tak warto posłuchać.
Szczegóły wszyscy znali z miasta, czyli z różnych źródeł, i bardzo mętnie. Mówili jeden przez drugiego, wszyscy, oprócz Moniki, ale ona z zasady była małomówna i wstrzemięźliwa w ocenach, więc się nie dziwiłam. Obiektywnie trudno się było w tym połapać. Podobno Dudek udusił jednego ze swoich stałych klientów, w zasadzie takiego najgłówniejszego z głównych, gdy dowiedział się, że ten sypia z jego żoną, jak widać nie do końca z nim rozwiedzioną. O romansie Dudek dowiedział się jakoby w przedsiębiorstwie klienta, gdzie doniósł mu tę wieść jakiś życzliwy. Po otrzymaniu informacji Dudek miał uśmiechnąć się, spokojnie przepracować jeszcze jakąś godzinkę, wyjść i udać się do prywatnego mieszkania właściciela i szefa obsługiwanego przedsiębiorstwa w jednej osobie, po czym go udusić paskiem od spodni należącym do denata. Przy okazji podobno zmasakrował mu trochę twarz, oko wyłupił czy coś takiego? Potem rzekomo Dudek wrócił do swojego lokum na Powiślu, gdzie spił się w trupa. Policja odnalazła go nieprzytomnego, z połową twarzy utytłaną we własnych wymiocinach. Cud, że sam się nie udusił. Wieść gminna niesie, że ma dziurę w pamięci wielkości połowy dnia.
??Czyli z przedsiębiorstwa klienta Dudek pojechał do niego do domu razem z samym klientem? Tym obecnym denatem? ? upewniłam się, czy dobrze rozumiem.
??Nie, właściciel firmy załatwiał podobno jakieś sprawy w mieście i nie było go wtedy w przedsiębiorstwie, gdy ktoś życzliwy opowiadał Dudkowi te romansowe historie. Pewnie dlatego ten ktoś się odważył na takie wynurzenia?
To powiedziała Lusia, ale przerwał jej Witek.
??Zaraz, zaraz, a wy wiecie, gdzie dokładnie pracował Dudek? Znaczy się nazwa firmy, adres tego najważniejszego klienta? Ktoś może tam go odwiedzał?
Na chwilę na piętrze zapanowała cisza. Okazało się, że ze stałą pracą Dudka było jak z Rzeszowem ? wszyscy wiedzą, że istnieje, ale nikt tam nie był. Ba, żaden z nas nawet nie zna dodatkowych informacji o tym miejscu!
??To Dudek pojechał z roboty do domu klienta własnym samochodem? ? Zmąciłam ciszę kolejnym pytaniem.
??No a czym? Jak znam Dudka, to do komunikacji miejskiej raczej się nie pchał ? trzeźwo zauważyła Ala.
??Mógł taksówką? ? wysunęłam hipotezę.
??No mógł. Ale on jest raczej z tych jeżdżących własnym autem niż rozbijających się taksówkami.
Uśmiechnęliśmy się wszyscy, ale jakoś słabo, biorąc pod uwagę ogólne okoliczności, na które składało się przede wszystkim aresztowanie znajomego z pracy. Do Dudka rzeczywiście nie pasowało określenie ?rozbijać się taksówkami?, gdyż był potwornie skąpy i miał straszną awersję do wydawania pieniędzy w jakikolwiek sposób, a już w szczególności na tak zbędne luksusy, jak taryfy. To chyba właśnie stąd też te barterowe rozliczenia z Magierem i spółką za wynajęcie salki konferencyjnej.
Postanowiłam drążyć dalej temat środków transportu Dudka.
??A potem od denata do siebie jak wrócił? Też samochodem? Czy już u ofiary zaczął pić?
Nie wiedzieli.
??I co Dudek na to wszystko? ? powróciłam do głównego tematu.
??Podobno milczy jak grób. Ma trudną sytuację, w mieszkaniu denata był, są świadkowie i mnóstwo śladów, motyw miał, a innego sensownego wytłumaczenia brak?
??Świadkowie widzieli, jak dusił? ? Monika nagle obudziła się z letargu. ? I masakrował? ? uzupełniła, gwoli ścisłości.
Okazało się, że nie. Zaobserwowano jedynie obecnie aresztowanego, gdy wchodził do domu denata. Albo gdy wychodził. Albo gdy się kręcił wokół. Dokładnie nikt nie wiedział.
??Ale co, ślady Dudka na samym pasku były? Znaczy, na tym, którym dusił? No, narzędziu zbrodni? ? sprecyzowałam.
Tego nikt na sto procent nie był pewien. Monice wydawało się, że chyba tak, ale jednak nie do końca, a reszta nie pamiętała plotek w tym zakresie.
??A może wiecie, co Dudek zrobił bezpośrednio po tym, jak się dowiedział o amorach żony z klientem? ? zainteresował się Witek. I zaraz dodał usprawiedliwiająco: ? Zawsze mnie interesowało, jak ludzie reagują w takich sytuacjach. To znaczy, co mówią życzliwym.
??Mogę ci zdradzić, co ja bym powiedziała. ? Lusia wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
??Co?
??Odwal się, nie twoja sprawa.
??No, ale właśnie oświadczyłaś, że mogę spytać?
??O co ci chodzi, przecież ci odpowiedziałam?
Po wyjaśnieniu nieporozumienia próbowaliśmy ustalić reakcję Dudka na romansowe wiadomości.
Według jednego źródła nie powiedział nic, wzruszył ramionami i dalej pracował. Według drugiego źródła nie powiedział nic, a nawet się uśmiechnął i dalej pracował. Według trzeciego źródła powiedział ?Uhmmm??, wyszedł z pokoju do toalety, wrócił i dalej pracował.
Zastanowiłam się na głos, kim były te źródła. Odpowiedzi udzielono mi ochoczo. Byli to odpowiednio: najbliższy przyjaciel życzliwego, koleżanka jego żony (znaczy się życzliwego, nie przyjaciela) oraz sekretarka pracująca w firmie denata, siedząca przed pokojem zwierzeń. Nie byłam w stanie ocenić, komu z nich zaufałabym najbardziej co do prawdziwości zeznań.
??A może on najpierw nic nie mówił, wzruszył ramionami, nawet trochę się uśmiechnął, wyszedł do toalety, w drzwiach złorzecząc ?Uhmmm??, potem wrócił i pracował dalej ? podsunął usłużnie Witek.
Zostało to uznane za najbardziej prawdopodobny scenariusz.
Po dokończeniu kawy pełni emocji rozeszliśmy się po pokojach.
Ola zjawiła się w pracy wyjątkowo wcześnie, tj. przed drugą, chwała Bogu najedzona w mieście i ze świeżymi informacjami.
??Sprawa jest pogmatwana ? powiedziała. ? Romans klient Dudka z Dudkową miał, ale dawno temu i nieprawda, to znaczy nic poważnego i skończyło się pół roku temu. Skąd tu ten krokus?
??Prezent od Mecenasa z okazji. Każda z nas dostała, nawet do pani Zofii poszedł do domu. Nie przerywaj sobie.
??Aha. Z okazji, mówisz? Ładny. Chwila, jak to kwiat do domu poszedł?
??Kurierem.
??Jasne, kurierem mógł, kurier ma nogi.
??Rower ? poprawiłam.
??A nóg nie ma? To jak jechał?
??Nie wiem, czy kurier ma nogi czy też nie, ale z tego, co się orientuję, rozwozi towar rowerem. Wracaj do tematu!
??No więc dosiadłam się do takiej znajomej komornicy na obiedzie w mieście i ona powiedziała, że właśnie wtedy, znaczy się jakieś pół roku temu, słyszała przelotnie o romansie, a teraz to już było finito, bo Dudkowa ma obecnie kogoś zupełnie innego. Ona, to znaczy Dudkowa, nie komornica, jest raczej chyba z tych bardziej rozrywkowych. Bo komornica dla kontrastu ? spokojna.
??A Dudek może o tym nie wiedział? Znaczy się o finiszu miłości? Bo mścić się za przeszłość, i to taką kompletnie minioną i bez znaczenia, to rzeczywiście niewarte podejmowania ryzyka.
??Komornica mówi, że o tym wszyscy wtedy wiedzieli i że nie wierzy, że Dudek był wyjątkiem. Więc wszystko to pic na wodę i ma drugie dno.
??Ale wiesz, jak to się mówi?
??Co się mówi?
??Ludowe mądrości. Że niby mąż to się dowiaduje ostatni? i takie tam inne.
Ola popatrzyła z politowaniem.
??Nie mąż, a żona. Więc ostatnia, krawaty są szybsze. A poza tym?
??A co to za różnica?
??Nie przerywaj. Kolosalna, uwierz mi.
??Nie rozumiem.
??Bo Witek ma rację. Rozwodów nie robisz, o życiu pojęcia nie masz. Przepraszam za szczerość, ale to prawda.
??Po pierwsze: nie Witek, ale Lusia? Po drugie: skąd o tym wiesz? Rano cię w pracy nie było.
??Po drugie: Witek mi powiedział przez telefon, każąc obchodzić się z tobą delikatnie, bo jesteś dziś podobno rozdrażniona. Po pierwsze: i Lusia, i Witek, i wszyscy? Nie traktuj tego osobiście, ale naprawdę nie rozumiem, nie ja, nikt nie rozumie, czemu się bronisz przed rozwodami. Tym bardziej że podziały majątku po ustaniu bierzesz, a to nawet gorsze. Więcej darcia mordy i pierza, i w ogóle.
??Nie chcę się zrażać ? powiedziałam zgodnie z prawdą.
??Do czego?
??Do małżeństwa. Napatrzę się i mi obrzydnie, a w sumie kiedyś chcę spróbować.
??Głupi powód. Prowadzisz sprawy gospodarczych oszustów? O faktury się z nimi wykłócasz?
??No tak.
??A nie zraziło cię to kompletnie do wizji prowadzenia własnego biznesu?
??Szczerze? Yep. Jak myślę, że sama bym się miała użerać o każdy grosz?
Ola wzruszyła ramionami.
??I tak to robisz ? powiedziała nie bez racji.
??Ale nie w swoim imieniu. W czyimś mogę mówić wszystko. No, prawie wszystko. Olu ? wróciłam do tematu ? zdania w tym zakresie, może niesłusznego, nie zmienię. Poza tym, jeśli te rozwody to takie kokosy, to powinniście mi być wdzięczni, że się do tego tortu nie pcham. A teraz wróćmy do Dudków, bo o tym mówiłaś.
??A na czym konkretnie stanęłyśmy?
??Że mąż wie ostatni. I że to nieprawda.
??Bo Dudek, co by o nim nie powiedzieć, to nie osioł. Też musiał wiedzieć, jak wszyscy wiedzieli.
??Nie wszyscy. Ja nie wiedziałam. Ty też nie.
??Ja wiedziałam.
??Co? ? zatkało mnie koncertowo.
??No o tym, że Dudkowa i jeden z klientów Dudka ten tego. Iskrzą. Ale nie o tym, że zupełnie zerwali ? zastrzegła. ? Tego dowiedziałam się dopiero dziś ? od komornicy.
??I nie powiedziałaś?
??Komu? Dudkowi?
??Głupia. Mnie!
??A po co?
Popatrzyłam na Olę. W sumie słuszne pytanie.
??Masz rację. Po co kłapać. Ale to nie dowodzi, że Dudek wiedział. Poza tym teraz jako zabójca wygląda kompletnie niewiarygodnie.
??A co, on miał dostać Oscara za wiarygodne granie?
Pytanie zawisło w próżni, bo do pokoju wszedł Mecenas.
??Przepraszam, ale chyba przeszkadzam. Komuś. W Pracy ? podkreślił bezwględnie. ? Pani Olu, proszę do mnie na dół, Parchucki czeka. Pani Kasiu, mecenas Olczyk chce z panią porozmawiać. Teraz.
Zebrałam się i pobiegłam do Lusi. Po pojedynczym puknięciu śmiało otworzyłam drzwi jej pokoju.
Gabinet Luizy utożsamiał jej status w kancelarii ? coś na kształt etapu pośredniego pomiędzy wspólnikami a nami ? szeregowymi pracownikami. Niewątpliwie jego zaletą był fakt, że Lusia nie dzieliła go z nikim, podobnie jak Mecenas i Zawidzka, którzy mieli pokoje na wyłączność. Reszta siedziała po dwie osoby w pomieszczeniu, przy czym biurko w pokoju Ali było rotacyjne i służyło głównie pozaetatowym aplikantom Mecenasa i Zawidzkiej dla załatwienia doraźnych zleceń na rzecz kancelarii. Podstawową wadą gabineciku mecenas Olczyk był natomiast jego rozmiar ? pokój był mniejszy nawet od tego, który zajmowałam z Olą. Metraż, usytuowanie na górnym piętrze, a także nieco gorszy sort mebli dobitnie świadczyły o tym, że Luiza nadal nie była partnerem w Kancelarii Magier i Wspólnicy.
??Witam, podobno chciałaś mnie widzieć ? zagaiłam rozmowę, zerkając przez ramię Lusi.
Ten gabinet, jako jedyny w kancelarii, miał widok na podwórko. Przez okno w pokoju Luizy można było zatem zobaczyć zasmarkane po uszy dzieci stawiające babki w piaskownicy, ich mamy o gromkich głosach, niespiesznie plotkujące na ławce tuż obok, odpalające jednocześnie jeden papieros od drugiego, a czasem nawet naprężone męskie ciała znęcające się nad przewieszonymi na trzepaku zwłokami dywanu. Latem testosterony rozdziewały się do pasa, demonstrując dumnie wszystkie tricepsy przed znudzonymi mamami. Kiedy patrzyłam przez okno w pokoju Lusi, zawsze wydawało mi się, że przez chwilę jestem gdzieś bliżej prawdziwego życia, nawet jeśli było ono prostsze, brudniejsze i biedniejsze niż prawnicza energia rozproszona po beżowych korytarzach kancelarii.
??Tak, słuchaj, jutro mam kolizję, musisz za mnie iść ? głos Luizy wyrwał mnie z letargu.
??Wolę inne prezenty. Daj mi krokusa ? siliłam się na żart.
??Mówisz i masz, weź sobie mojego, tylko idź. Proszę, tu są akta przygotowane, jakaś skarga na komornika, prościzna, chyba na umorzenie, nic się uczyć nie trzeba. ? Palcem odzianym w niebywałych rozmiarów pierścień wskazała na średniej grubości segregator.
Spojrzałam na akta i oddałam je z powrotem.
??Nie ma głupich. Na Kociołka nie idę.
??Pójdziesz. Nikt inny nie może, a to z urzędu. Ostentacyjnie olać nie wolno, bo będzie afera.
??Chrzanię. Czyja urzędówka? Twoja? To szukaj na mieście za własne pieniądze. Mnie nie ma.
??I tu się mylisz. Nie moja. Pana Mecenasa Magiera.
??Nie wierzę. Powiedziałby, przed chwilą był w naszym pokoju ze sprawą do Oli.
??Coś ty, on takich rzeczy nie pamięta. Idziesz, idziesz, tu masz akta. Jak nie wierzysz, to sprawdź sobie, pismo z ORA z wyznaczeniem jest na wierzchu.
Kilka procent spraw w kancelarii było urzędowych. Oznaczało to, że materialnie słabiej sytuowanemu klientowi, którego nie stać było na prawnika, a musiał mieć takiego w sprawie, sąd wyznaczał pełnomocnika z urzędu. To znaczy nie dokładnie sąd, on zwracał się tylko do ORA, czyli okręgowej rady adwokackiej i to ona wyznaczała adwokata do prowadzenia sprawy. ?Urzędówki? z zasady były najbardziej znienawidzonymi sprawami, bo płatnymi dopiero po zakończeniu całości, według stawek głodowych, co oznaczało, że zazwyczaj trzeba było dołożyć do benzyny i znaczków pocztowych i niestety z reguły z najbardziej upierdliwymi klientami. Sądy bowiem często wyznaczały pełnomocników z urzędu rasowym pieniaczom albo autentycznym wariatom. Kociołek należał do tej pierwszej grupy, miał obecnie na biegu w różnych warszawskich sądach około pięćdziesięciu spraw, które wzajemnie na siebie nachodziły, zazębiały, zawieszały, przewlekały itp. Sama radość. Jeżeli pełnomocnikiem z urzędu wyznaczona byłaby Luśka, która nie była wspólnikiem w kancelarii, obsługa tej sprawy byłaby wyłącznie jej problemem. Jednakże skoro wyznaczony został Mecenas, obowiązek stawiennictwa na rozprawie mógł obejmować każdego prawnika w firmie.
To nawet nie chodzi o to, że nie chciało mi się iść na tę jedną rozprawę i że miałam uraz do pana Kociołka, chociaż to także. Ja po prostu wiedziałam, że jak pójdę raz, to sprawa przyklei się do mnie na wieki i będę musiała mieć niebywałego farta, na przykład udokumentowaną, ewidentną kolizję rozpraw, żeby się tego pozbyć. Pozbyć ? to znaczy zepchnąć na kogoś innego.
??A jaką masz tę inną sprawę? ? spytałam, z resztką nadziei w głosie. ? Tę kolizyjną z Kociołkiem? Może na tę pójdę?
??Proszę bardzo. Mazur ? Mazur.
??Rozwód?
??Oczywiście.
??Jaki?
??Porozumienie stron, bez dzieci.
Przyznam szczerze, pokusa była silna. Przełknęłam ślinę. Uch, zasady to jednak zasady, trudno, najwyżej zniosę pana Kociołka. Albo się do jutra obłożnie rozchoruję.
Dzielnie poprosiłam o akta Kociołka. Lusia gwizdnęła.
??Fiu? Naprawdę ostra jesteś.
Za oknem dzieci pakowały zabawki do plastikowych reklamówek. Mniej więcej co druga z nich była zaczynem kłótni na bazie dochodzenia prawa własności. Przez chwilę starałam się myśleć o nich ciepło, jak o przyszłościowych klientach. Poddałam się dopiero po wejściu do mojej klitki.?





