Strona główna Nasze patronaty A. Pietrzyk, Urlop nad morzem – fragment

A. Pietrzyk, Urlop nad morzem – fragment

0
PODZIEL SIĘ

A oto fragment najnowszej powieści Agnieszki Pietrzyk „Urlop nad morzem”. Całość do kupienia już za kilka dni. Polecamy!

Strych był ogromny, dwukondygnacyjny. Na drugi poziom prowadziły drewniane schody bez poręczy, przypominające drabinę postawioną na ukos. Panował tutaj półmrok, bo przez cztery wąskie okna wpadało niewiele światła. Pod ścianami stały meble, nadgryzione przez czas, zupełnie jak starocie w sklepie z antykami. Pośrodku walała się sterta sienników, jeden na drugim, na których leżał duży obraz z wizerunkiem Matki Boskiej. Upiorne wrażenie robił stół bez blatu, otoczony krzesłami bez siedzeń. Szkielety mebli przeznaczone raczej dla duchów, a nie dla żywych ludzi, pomyślałam. Nad stołem wisiał ozdobiony suszkami z kwiatów wieniec ze słomy. Przesuwałam się wzdłuż mebli. Była tutaj i czarna szafa ze złotym lwem, przypominająca te gdańskie, i ciemny kredens z intarsjowanymi drzwiczkami, i toporna meblościanka z lat siedemdziesiątych.

 

 

Zatrzymałam się przed pokrytym warstwą kurzu witrażem, potarłam palcem jedną z szybek. Miałam nadzieję, że odsłonię kolor, ale brud wydawał się tworzyć ze szkłem nierozdzielną całość. Drgnęłam, gdy za moimi plecami z hukiem zamknęła się okiennica. Zrobiło się jeszcze ciemniej. Podeszłam do okna i spróbowałam je otworzyć, ale wiatr napierał, uniemożliwiając mi to skutecznie. Przy kolejnym podmuchu okiennica odchyliła się nieco; pchnęłam mocniej, okno otworzyło się z trzaskiem, a na skórze poczułam zimny podmuch. Wychyliłam się i złapałam za okiennicę. Starałam się przytwierdzić ją do ściany, ale zrezygnowałam po chwili. Za krótkie ręce. To robota dla Marcina.

Byliśmy jedynymi gośćmi w tym pięknym, starym domu na Mierzei Wiślanej. Przyjechaliśmy do Sztutowa wieczorem poprzedniego dnia. Gdy zaparkowaliśmy na podwórku, było już ciemno. Wysiadłam z samochodu, zmęczona pięciogodzinną jazdą w deszczu, i natychmiast zaskoczył mnie wyraźny, jednostajny szum morza. Przecież dom stoi prawie kilometr od plaży? Tak czy inaczej, było to dopiero preludium do dzisiejszego ryku fal i wycia wiatru. Trafiliśmy na listopadowy sztorm. Kaśka nie zaczekała na nas, bo jej mama bała się jeździć nocą, i wyjechała wraz z rodzicami przed południem. Prawdopodobnie minęliśmy się gdzieś pod Poznaniem. Dostaliśmy esemesa z informacją, że klucz wisi na gwoździu pod daszkiem ganku, po prawej stronie, i przez pół godziny w zupełnych ciemnościach macaliśmy na oślep. Niestety, klucza nie było. Ręce rozbolały mnie od ciągłego trzymania w górze. Marcin, poważny kierownik wydziału komunikacji w urzędzie miejskim, klął jak szewc. Nie mógł sobie darować, że pół roku temu rzucił papierosy. Bo gdyby palił, teraz poświeciłby zapalniczką. Jakaś drzazga wbiła mi się pod paznokieć; syknęłam z bólu. Miałam już dzwonić do Kaśki, gdy przyszło mi do głowy, że to, która strona ganku jest prawa, zależy od punktu widzenia. Spróbowaliśmy na drugim krańcu ganku, gdzie dość szybko natrafiłam na duży klucz. Wisiał na haku zrobionym z wygiętego gwoździa.

Rozejrzałam się po strychu. Warstwy kurzu wskazywały, że Kaśka nie zapoznała się jeszcze ze spuścizną po poprzednich lokatorach. To dobrze, poszperam sobie tutaj pierwsza! Uwielbiam stare strychy, z tymi ich wszystkimi skarbami codziennego życia. Myszkować pośród pudeł, szaf, szuflad, walizek, wyciągać stare książki, gazety, zdjęcia? A jaka radość, gdy trafi się na coś naprawdę cennego, niespotykanego! Tyle tu mebli, zakamarków? Zapowiada się ciekawie. I moja przyjaciółka nie powinna mieć pretensji; w końcu to nie jej osobiste ruchomości, lecz dawna własność zupełnie obcych ludzi.

Podeszłam do dużego białego kredensu z mlecznymi szybkami. Piękny, z mnóstwem szufladek i drzwiczek: na serwetki, na sztućce, na przyprawy, przegródka na solniczkę, pieprzniczkę, cukiernicę i na wiele innych drobiazgów. Wysuwałam i otwierałam, raz po raz, ale wszędzie było pusto. Zajrzałam do stojącej obok niskiej, wąskiej komódki i zobaczyłam trzy wyłożone ceratą półki. Na jednej leżało kwadratowe lusterko. Przejrzałam się; pęknięta płaszczyzna groteskowo wykrzywiała moją zwyczajną twarz z cienkimi ustami i małym noskiem. Przymknęłam drzwiczki i podeszłam do wysokiej szafy z metalowymi, zdobionymi uchwytami. Otworzyłam. Zaskrzypiały zawiasy. Na dole stało zamknięte pudło, pokryte pajęczyną. Uchyliłam pokrywę: na wierzchu znalazłam duży słomiany kapelusz, pod nim lotnicze okulary i przykręcane łyżwy, a na samym dnie drewnianą rurkę z otworkami, przypominającą fujarkę, oraz obłożoną w gazetę książkę. Odchyliłam okładkę. W pustyni i w puszczy, przeczytałam. Przerzuciłam kilka stron. Papier był szary, zadrukowany drobną, wyblakłą czcionką. Nagle mignęło mi coś jaśniejszego. Zaczęłam kartkować wstecz i znalazłam białą kartkę w linie. Poszarpany brzeg wskazywał, że została wydarta z zeszytu. Widniało na niej kilka wierszy równego pisma. Podeszłam do okna i zaczęłam czytać.

?Mam na imię Staś i mam dziewięć lat. Moja mama nazywa się Ania. Jej mąż nazywa się Karl i jest Niemcem. Moja mama nie żyje. Wczoraj zabił ją Karl. Uderzył ją siekierą w głowę. Biegłem zawiadomić sąsiadów, ale Karl mnie dogonił i zamknął na strychu. Siedzę tu od wczoraj. Myślę, że mnie też zabije. Słyszałem, jak całą noc rozwalał podłogę w piwnicy. Myślę, że pochowa tam moją mamę i mnie. Bardzo się boję. Najbardziej tego, że będziemy leżeć w niepoświęconej ziemi. Moja babcia mówiła, że człowiek powinien leżeć w poświęconej ziemi, czyli na cmentarzu, bo inaczej czeka go piekło. Piszę ten list, aby ktoś go przeczytał, znalazł nasze ciała w piwnicy i przeniósł je na cmentarz?.

Kartka zadrżała, zawirowały równe litery. Przysiad­łam na brzegu ogromnej skrzyni i zaczęłam ponownie, tym razem wolniej, żeby mój umysł zdążył odnaleźć właściwe znaczenie poszczególnych wyrazów i zdań. Przy drugim czytaniu treść listu wydała mi się jeszcze bardziej przerażająca. Na dole kartki widniała data: ?6 listopada 1959?.