Recenzja Agnieszki Krawczyk
Lubię książki o ludziach, którzy znajdują się na marginesie głównych wydarzeń, czyli o dzieciach i ludziach starszych. Paradoksalnie, uważam, że mają nam wiele do powiedzenia i mogą nas sporo nauczyć. Dzieci swoją naiwnością, starsi – swoją refleksyjnością.
W powieści Brooke Davis spotkały się te dwa światy, pokazując nam rzeczywistość pod zupełnie innym kątem, bo widzianą spod sklepowego stojaka na ubrania, czy z okna w salonie domu, którego całymi latami się nie opuszcza.

Główna bohaterka, siedmioletnia Millie, szuka swej matki – zgubiła się w centrum handlowym, a mama po prostu odeszła. Dziewczynka czeka na nią tam, gdzie się rozstały – przy wieszaku z gigantyczną damską bielizną. Nie bardzo wie, co się stało – niedawno zmarł jej ojciec, matka jest rozbita i smutna, świat się niespodziewanie zmienił. Dziewczynka wie, czym jest śmierć – od pewnego czasu prowadzi zeszyt-notatnik zwany „Księgą Nieżyłków”, w której zapisuje wszystkie zmarłe istoty. A więc pająka, a więc muchę, a więc swego ojca – w sumie jest ich już dwadzieścia siedem… Millie musi odnaleźć matkę i w tym niełatwym zadaniu wspierają ją dwie nietypowe osoby – uciekinier z domu starców Karl Maszynopiszący i Agatha, starsza pani, która po śmierci męża w ogóle nie wychodzi z domu, a z ludźmi porozumiewa się krzykiem. Stasi państwo stają wobec wyzwania: by pomóc dziewczynce, muszą porzucić dawne przyzwyczajenia, zmienić się, działać wbrew utartym schematom. Muszą na nowo zacząć żyć, a to naprawdę niełatwe.
Podróż do Melbourne w poszukiwaniu matki Millie to nie tylko wędrówka w poszukiwaniu siebie. To także smutna opowieść o rytuałach klasy średniej. Zawsze wszystko o tej samej porze, zawsze robione tak samo i w identycznej kolejności. Czy taka stałość, brak zmian, uspokajający rytm ocalą nas przed śmiercią? Uporządkowane życie to złudzenie. Jest nie tylko puste i przewidywalne, ale bezbrzeżnie nudne. Każdy z nas w końcu będzie Nieżyłkiem, upodobni się do manekina, zatem, czy w takim razie nie powinno się jednak zaryzykować i choć przez chwilę żyć pełną piersią?
Książka trzydziestoletniej debiutantki Brooke Davis zdobyła multum nagród. Przetłumaczono ją na dwadzieścia języków. Bardzo słusznie! Dawno nie czytałam tak dziwnej, onirycznej i wzruszającej książki jak „Zgubiono, znaleziono”. Po jej lekturze chce się zawołać „Carpe diem!” i rzucić się w wir życia bez strachu i ograniczeń. Cywilizacja i konwenanse krępują naszą kreatywność. Spróbujmy więc choć się odważyć wejść na nową drogę. To i tak wiele, uwierzcie!
Jeszcze jedna uwaga: Davis napisała tę książkę po przedwczesnej śmierci swej matki. Myślę, że i ona musiała najpierw się odnaleźć, by móc dalej żyć. Graniczne doświadczenia potrafią wiele uświadomić, tragedię można przekuć we własną siłę. Tego także uczy ta niezwykła książka.
Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca





