Strona główna Film i serial Ekranizacje Stephena Kinga

Ekranizacje Stephena Kinga

0
PODZIEL SIĘ

Ekranizacje Stephena KingaEkranizacje Stephena Kinga – wybór całkiem subiektywny

Kiedy pada hasło ekranizacje Stephena Kinga, do głowy przychodzą różne obrazy. Wiadomo, zawsze będzie to wybór subiektywny. Najlepsze (czyim zdaniem?), najwierniejsze, najbardziej oddające ducha powieści? Jak wiemy, sam pisarz nie bardzo ceni adaptacje filmowe swoich dzieł. Aż dziwne jest, że nie znosi na przykład genialnego „Lśnienia” Kubricka i w roku, gdy wychodziła książkowo „Zielona Mila” (o czym pisał w przedmowie) ekscytował się scenariuszem do powstającego serialu wg. „Lśnienia”, niekoniecznie udanego.

Skoro więc King ma do ekranizacji swej prozy stosunek – powiedzmy – ambiwalentny, ja pozwolę sobie na wybór autorski, wedle własnych kryteriów.

Zatem zaczynamy:

Pierwszy film jaki widziałam: Christine

Zapewne dziwne to zabrzmi, ale, gdy oglądałam Christine w małym dosyć podłym kinie na osiedlu bloków z wielkiej płyty, nie znałam w ogóle twórczości Stephena Kinga. Za kilka lat miałam dopiero przeczytać w magazynie „Fantastyka” jego pierwsze opowiadanie, od którego zaczęła się cała moja przygoda z tym pisarzem, czyli „Balladę o celnym strzale”.

Christine to film z 1983 r. nakręcony przez Johna Carpentera. Opowiada historię fajtłapy Arnie Cunninghama, który pewnego dnia kupuje stary samochód, plymouth. Auto fascynuje go do tego stopnia, że po pewnym czasie przestaje się dla niego liczyć cokolwiek innego: przyjaciele, rodzina, dziewczyna. Samochód także zdaje się pałać do swego właściciela osobliwym uczuciem – eliminuje jego wrogów. Choć adaptacja znacznie odbiegała od pierwowzoru książkowego, film jak najbardziej dawał radę w swojej kategorii. Był nakręcony w typowym dla lat 80. stylu dosyć krwawych i malowniczych horrorów. Dość powiedzieć, że wyszłam w sali mocno przerażona i od tej chwili horror stał się moim ulubionym gatunkiem filmowym na długie lata.

Mój ulubiony horror: Carrie

Od razu się przyznam – nie widziałam wersji z 2013 roku. I nie chcę. Jestem wierna tamtej, z 1976 w reżyserii Briana de Palmy z rewelacyjną Sissy Spacek w roli tytułowej. Nie mam naprawdę nic do zarzucenia tej ekranizacji. Po cichu myślę sobie, że jest nawet lepsza niż książka, w której nie podoba mi się dziennik koleżanki Carrie, Sue Snell.

Carrie to jeden ze słynnych „dziwolągów” Kinga, bohaterów, których tak uwielbiam, czyli obdarzonych niezwykłymi zdolnościami. Ona jest telekinetyczką, czyli potrafi przesuwać przedmioty myślą. Nie jest zbyt popularna w szkole, ponieważ ma matkę nawiedzoną religijną maniaczkę i sama postrzegana jest jako dziwaczka. Wszystko niby zaczyna się układać, bo Carrie dostaje zaproszenie na szkolny bal, ale to tylko wstęp do katastrofy – koleżanki zmówiły się, by ją upokorzyć. Film jest tak nakręcony, że nawet dzisiaj ogląda się go w pełnym napięciu. Krew leje się dosłownie strumieniami, a wytrzeszczonych oczu Spacek nie sposób zapomnieć. To King w najlepszej formie i wydaniu, horror z samej ekstraklasy. No i ekstra klasyk przy okazji.

Absolutnie kultowy klasyk: Lśnienie

Jeden z moich ulubionych. Przeczytałam o nim chyba wszystko. Wiem, że cały hotel „Panorama”, to znaczy wnętrza, były zbudowane w studiu, także długaśne korytarze. Z zewnątrz „Panorama” to istniejący naprawdę hotel Timberline Lodge, którego właściciele uprosili Kubricka, by zmienił numer pokoju 217 na 237 (nieistniejący w hotelu) w obawie, że goście nie chcieliby tam mieszkać. Zdanie „All work and no play makes Jack a dull boy” wypisywał na kartkach sam reżyser. Cały film był kręcony chronologicznie, a ilość dubli po prostu zwalała z nóg. Tych anegdot jest tak wiele, że praktycznie można bez końca.

Lśnienie to kolejna bardzo kingowska opowieść: bohaterem jest pisarz (jak często u Kinga), Jack Torrance, który wraz z żoną i synkiem wyjeżdża na sezon zimowy do hotelu „Panorama”, by pilnować go, gdy nie ma gości. Danny Torrance jest telepatą, co ma wielkie znaczenie dla fabuły. Jego ojciec powoli wpada w obłęd, zaczynają mu się zwidywać postaci związane z „Panoramą”, gdzie przed laty doszło do tragicznych wydarzeń.

Film jest bezapelacyjnie genialny. Jack Nicholson przeszedł w nim samego siebie, a scena, gdy szczerzy zęby w otworze, który wyrąbał w drzwiach siekierą należy do najstraszliwszych w kinie. Jest tu wszystko, czego trzeba dobremu horrorowi: nastrój, suspens, strach i groza. Wszyscy pamiętamy niepokojący ogrodowy labirynt, windę z wylewającą się krwią i dziewczynki trzymające się za ręce. Klasyk, absolutny klasyk. Kto nie obejrzał, niech szybko nadrabia, ale chyba nie ma już osób, które nie znają tej genialnej ekranizacji.

Film, który zawsze obejrzę w telewizji: Skazani na Shawshank

Z dwóch „więziennych” filmów według prozy Kinga wyreżyserowanych przez Franka Darabonta wybieram ten, czyli Skazanych na Shawshank z 1994 roku. Ten drugi to Zielona Mila z 1999. Także świetny, ale ja mam słabość do Skazanych. Dlaczego? Bo zawsze wzrusza mnie heroiczna historia byłego bankiera Andrew Dufresne, który niesłusznie uwięziony, przez całe lata kombinuje, jak uciec z więzienia Shawshank. Niezwykle prawdziwie odtworzone są realia więziennego życia i ciekawie przedstawione sylwetki więźniów. Film różni się od swego książkowego pierwowzoru (opowiadania z tomu „Cztery pory roku”), bo tutaj przyjacielem Andy’ego jest czarnoskóry Morgan Freeman. Skazanych na Shawshank nieustannie pokazują jakieś telewizje, a ja wtedy zawsze się skuszę, chociaż mam ten film na płycie.

Ten, który podoba mi się najbardziej: Stań przy mnie

Podejrzewam, że tu was trochę zaskoczyłam. Stań przy mnie z roku 1986 w reżyserii Roba Reinera to jedna z mniej znanych ekranizacji Kinga. A jednak jest moją ulubioną. Myślę, że stało się tak z dwóch powodów – po pierwsze jest to adaptacja mojego ukochanego opowiadania, czyli pochodzącego podobnie jak Skazani na Shawshank z tomu „Cztery pory roku” Ciała. Po drugie jest to typowa produkcja czasów mej młodości, czyli jak ja to nazywałam „film dla nastolatków”. W obsadzie same gwiazdy tamtej epoki: River Phoenix (umrze za kilka lat), Will Wheaton, Corey Feldman i Kiefer Sutherland. O większości z nich mało kto dzisiaj już słyszał, a wtedy grywali w masie filmów, takich jak „Straceni chłopcy” (mój ukochany horror o młodocianych wampirach), czy „The Goonies”.

Wracając jednak do Stań przy mnie – jest to obok Końca niewinności mój ulubiony film o dorastaniu na amerykańskiej prowincji. Grupa chłopców odbywa tu wycieczkę, skrajem torów kolejowych w bardzo osobliwym celu: szukają zwłok zaginionego chłopaka. Ray Brower zaginął, a jeden z naszych bohaterów przypadkiem dowiedział się, że ktoś widział jego ciało – nastolatka potrącił pociąg, leży w krzakach przy nasypie. A że za odnalezienie zaginionego wyznaczono nagrodę, to tak zaczyna się inicjacyjna przygoda grupy dwunastolatków i najważniejsze lato ich życia. Mimo iż piszę o ekranizacji, chciałam oddać głos opowiadaniu: „Myślę, że wszystkie lata były rokiem sześćdziesiątym, że to lato trwało kilka lat, magicznie nietknięte w pajęczynie dźwięków: słodkiego cykania świerszczy, przypominającego odgłos tasowanych kart, trzasku szprych roweru jakiegoś chłopca jadącego do domu na spóźnioną kolację, złożoną z kanapek i mrożonej herbaty (…)” (S. King, Cztery pory roku, Warszawa 2011, s. 343, tłum. Z. A. Królicki).

Myślę, że każdy z nas ma takie lato w swojej pamięci i za to kocham ten film.

O Kolekcji książek Stephena Kinga czytaj TUTAJ

Garść anegdot o „Zielonej Mili” TUTAJ

Krystyna Mirek opowiadająca o „Pamiętniku rzemieślnika” Kinga TUTAJ

Liliana Fabisińska opowiadająca o „Lśnieniu” Kinga TUTAJ

O „Misery” Kinga TUTAJ, recenzja TUTAJ

Zdjęcia w tekście: Agnieszka Krawczyk