Strona główna Aktualności Dzisiaj premiera „Mock” Marka Krajewskiego! Fragment powieści

Dzisiaj premiera „Mock” Marka Krajewskiego! Fragment powieści

0
PODZIEL SIĘ

W związku z dzisiejszą premierą powieści Marka Krajewskiego „Mock” mamy dla Was niespodziankę od Wydawnictwa Znak, które zgodziło się na opublikowanie u nas fragmentu powieści. A zatem, kubki z kawą/herbatą w dłoń i delektujmy się lekturą, bo naprawdę jest czym!

 

Wrocław,

 

wtorek 8 kwietnia 1913 roku,
wpół do dziewiątej rano

 

Mock wysiadł ostatni z powozu ozdobionego policyjną gwiazdą. Znajdował się pomiędzy Pawilonem Czterech Kopuł a Halą Stulecia. Potężna budowla wciąż była jeszcze otoczona płotem z desek. W otwartej bramie stało dwunastu umundurowanych policjantów. Ich srogie spojrzenia, groźnie nastroszone wąsy, wysokie czapki typu czako i srebrne klamry służbowych pasów budziły zwykle respekt u obywateli miasta. Teraz jednak ta bojaźń i ten pruski szacunek dla munduru gdzieś się ulotniły. Stuosobowy – lekko licząc – tłum zuchwale mierzył wzrokiem policjantów blokujących wejście. Ludzie wcale się nie bali. Falowali, buchali złością i agresją, ryczeli i napierali. Brakowało tylko iskry do wybuchu.

 

 

Policyjny woźnica doszedł do wniosku, że już wykonał swe zadanie, powiadomił bowiem rano ludzi z obyczajówki, że odprawa nastąpi wyjątkowo w Hali Stulecia. Miał na nich czekać w prezydium policji? No to czekał. Miał im oddać odznaki? No to oddał. Miał ich tu przywieźć? Przywiózł. I tyle. Mruknął im kilka słów na pożegnanie i szybko odjechał, obawiając się najpewniej, by tłum nie skierował gniewu ku policyjnym znakom na powozie.

 

Mock wraz z kolegami zaczął przedzierać się przez ludzi do wejścia na tereny wystawowe, których punktem centralnym był okrągły betonowy kolos. Szedł pierwszy i torował drogę. Używał przy tym zdecydowanie swych ramion i łokci. Ludzie rozstępowali się przed nim najpierw w milczeniu, potem złorzecząc coś pod jego adresem, a w końcu rozpoznali w nim przedstawiciela władzy i rzucili mu w twarz ostre oskarżenia.

 

– Gdzie byłeś, glino, jak porywano te niewinne dziatki? – krzyknęła jakaś jejmość w dużym kapeluszu i zamierzyła się na niego parasolką.

 

– Dzieci prostego ludu! – Ku Mockowi pchał się jakiś mężczyzna w kolejarskiej czapce. – Dzieci proletariackie! Nasze dzieci są mordowane! Nikt ich nie chroni! Dzieci bogaczy tylko chronisz, suczy synu!

 

Mock wyrzucił z siebie kilka mocnych słów z taką ekspresją, że kolejarz aż się cofnął. Wtedy policjant dał nura w tłum, który wciąż się kłębił, rozsuwał i ścieśniał. Tuż przed samym wejściem stał na skrzynce jakiś młody mężczyzna o semickim typie urody. Był odwrócony plecami do hali, a swój roziskrzony wzrok wbijał w przeciskającego się Mocka.

 

– Ikar! – ryknął mu prosto w twarz. – Ikar podszywa się pod anioła sprawiedliwości Samaela! A ilu jeszcze jest takich Ikarów w tej Niniwie, w tym mieście rozpusty?!

 

Mock odsunął się od Żyda będącego najwyraźniej niespełna rozumu i dotarł w końcu do policjantów tworzących przy bramie kordon. Pokazał im odznakę i wszedł do środka. Po kilku krokach ujrzał otyłego człowieka w roboczym ubraniu, który siedział na jakiejś skrzynce i głaskał dużego wilczura. Mężczyzna ten miał na twarzy sińce, a jego drelichowa bluza była rozerwana na wysokości piersi. Wyraz jego oczu był bezmyślny. Mock przyjrzał mu się uważnie, po czym wbiegł przez kuluary budowli do wnętrza – na okrągłą arenę okoloną wznoszącymi się ku górze rzędami krzeseł i wygiętymi betonowym żebrami.

 

Za sobą wciąż słyszał:

 

– Ikar! Ikar! Chronić naszych synów!

 

Silne wiosenne słońce wpadało przez pięć pierścieni okien o żółtych szybach oraz przez luksfery w koronie hali, zwanej latarnią. Żółta plama ciepłego światła oblewała środek hali i grupę ubranych na czarno mężczyzn. Jednym z nich był Ludwig von Rannemann. Mock stanął koło niego i ujrzał to, co ściągało uwagę wszystkich.

 

Na podłodze, która była solidnie utwardzonym klepiskiem, leżały nagie ciała czterech chłopców, ułożone w krzyż. Ich stopy się stykały, ręce leżały wzdłuż tułowia, głowami wskazywali bramy hali.

 

– Tu mamy chłopców – szepnął von Rannemann do Mocka, po czym wskazał palcem na balkon po przeciwnej stronie monumentalnych organów. – A tam, na balkonie jest linoskoczek. Chłopcy spadli z tego balkonu. Potem ktoś ich przyciągnął na środek hali i tak ułożył. Nogami do siebie…

 

– A głowami w stronę czterech stron świata – powiedział Mock.

 

Odłączył się od grupy i poszedł w stronę balkonu. Tam na wysokości pięciu pięter nad ziemią, owiewany przeciągiem, kołysał się wisielec zwany w policyjnym żargonie linoskoczkiem. Podłoga pomiędzy balkonem a ciałami chłopców była pomazana czerwonymi smugami, które pod samym balkonem zlewały się jakby w kałużę częściowo zaschniętą. Na jej powierzchni bieliły się galaretowate placki. Już takie widział – to były rozchlapane fragmenty ludzkiego mózgu.

 

– Jeden z chłopców pewnie walnął głową o ziemię – pomyślał Mock. – Stąd ten mózg…

 

Coś zatrzeszczało pod jego butami. Ukucnął, uważając, by nie wdepnąć w krew. Uniósł błyszczący jak lustro trzewik. Pod jego podeszwą zachrzęściły porozrzucane dokoła kawałki zębów. Ani jeden z nich nie miał korzenia.

 

Korzenie zostały w zębodołach – myślał Mock. – Gdyby zęby były słabe jak starców, to wypadłyby wraz z korzeniami, jak to widziałem u tego staruszka samobójcy, który niedawno skoczył z wieży Świętej Elżbiety. Von Rannemann miał rację. Tutaj chłopcy uderzyli o ziemię i ktoś przyciągnął ich ciała na środek hali, znacząc krwią drogę swej zbrodni. Tylko po co to zrobił? I kto to był? Może ten wisielec? Zepchnął chłopców z balkonu, przytargał ich na środek hali, po czym znów wlazł na balkon i tam się powiesił? Trzeba zobaczyć, czy ten linoskoczek ma ślady krwi na ciele.

 

Spojrzał w górę. Na balkonie kręciło się dwóch ludzi Mühlhausa i opisywało to miejsce. Nagie, szczupłe ciało wisielca owinięte było czarnymi pasami. Z rąk zwisały mu jakieś frędzle. Mock odsunął się w bok, wciąż uważając, by nie wdepnąć w kałużę. Spojrzał na balkon pod innym kątem.

 

I wtedy to zobaczył.

 

Wielkie skrzydła przytwierdzone do ramion wisielca.

 

Odtworzył sobie w uszach okrzyki tłumu.

 

– Ikar! Zbrodniarz! Zboczeniec! Ikar!

 

Zna lud grecką mitologię – pomyślał Mock i cichcem wyszedł z hali.